Archiwum - listopada 2007

Family Man 29. listopada 2007 21:54:00 Sedaris David Komentarze (0)
linkologia.pl spis.pl

Wspomniałam ostatnio o Sedarisie i zaczęłam sobie przypominać, jakie to było nasze pierwsze spotkanie. Dostał się moje ręce zupełnie przypadkowo, pożyczony od koleżanki, której  prawie nie znałam. Ja pewnie zastanowiłabym się dziesięć razy zanim dodałabym MOJĄ KSIĄŻKĘ w obce ręce, ona jakoś zrobiła to bez traumy. I dzięki jej za to, bo pewnie inaczej nie miałabym szansy przeczytać nic tego autora.

Tymczasem jednak udało mi się, i nie lada przyjemność z tego czytania miałam. Bo Sedaris potrafi o sprawach istotnych pisać lekko, ale nie lekceważąco. Zagubienie chłopca, który dopiero zaczyna pojmować, ze jest gejem, obrażony z tego powodu ojciec, bieda i konflikty rodzinne, to na pewno problemy o sporym ciężarze gatunkowym. Tymczasem nie mamy tu rozdzierania szat,  rozpamiętywania nieszczęść, tylko z wdziękiem, czułością, opisanych najbliższych: buchającego testosteronem brata, siostre-nieudaczniczkę  i siostrę sztywniarę. Książka jest właściwie zbiorem opowiadań, kalejdoskopem zdarzeń z życia jego i rodziny. Czytając, miałam wrażenie, że przeglądam zawartość kieszeni chłopca, który już jako dorosły rozsypał schowane w niej kiedyś skarby, po kolei bierze każdy do ręki, i tłumaczy mi jego wartość. I komponuje książkę ciepłą, z poczuciem humoru, taką jak trzeba na długie wieczory i lodowate wiatry.  

Mowa o:   

Jingle Bells 28. listopada 2007 22:58:00 na marginesie Komentarze (2)
linkologia.pl spis.pl

Nie, to nie przy saniach tak dzwonią, to w mojej głowie dźwięczy ostrzeżenie, że nadchodzi czas, aby wybrać po choinkowe prezenty. Chodzę wiec i przewracam tomy i tomiki po empikach  jak i mniej uczęszczanych książkodajniach. I to kusi i to nęci, jak ta oślina przy żłobku wierzgam nóżką, drapie się za uchem. Na dodatek mam w sobie wielka chytrość na przeczytanie prezentów przed zawinięciem w papier w gwiazdki. Fakt, ze wymaga to dyscypliny, bardzo delikatnego otwierania i przewracania stron (ech, te klejone grzbiety!), ale smakuje jak uszka podkradane przed ugotowaniem barszczu-wybornie...

Póki co, jest najnowszy Murakami, cienki wiec powinnam zdążyć. I niedawno znalazł się Nowy Jerofiejew (Mężczyzni), którego Moskwe-Pietuszki wspominam serdecznie do dziś, co budzi nadzieje na następne źródło radości, i możliwość szybkiego czytania. Martwi mnie natomiast całkowite znikniecie Lodge’a, jakby ktoś go zdmuchnął dosłownie z regałów. Czasem podejrzewam że uległ po prostu dzikiemu najazdowi V. Lossy, który panoszy się wrzaskliwymi tomiskami na półkach z literą L i chyba wyparł, jak Hunowie, wszystkich obcych ze zdobytego terytorium. Zastanawiam się nad Jane Harris, która zapowiada się na lekturę lekką i intrygująca, nad Ozem, którego chyba nikt w rodzinie jeszcze nie czytał, nad Panem Faynemanem, który jednakowoż może wystraszyć humanistyczne duszyczki zgromadzone przy choince.   W między czasie oglądam wznowienie „Gałki od lóżka” i z westchnieniem odkładam na półkę, wspominając, jak bardzo działa na wyobraźnie ta książka-wystarczyło w niej usiąść na łóżku, przekręcić tytułową gałkę i wyruszało się w egzotyczną podróż, na dodatek w nader komfortowych warunkach, bo z własnym materacem, poduszką i kołderką...
No, ale biorąc pod uwagę swój wiek, pozycje i wykształcenie (kheh), nie zamieszczam „Gałki” na liście życzeń. Zamierzam natomiast prosić o Dzienniki Marai’a, "Ex libris. Wyznania czytelnika"  i "Włoska wyprawę Jamiego Oliwera", którego uwielbiam i chętnie zainstalowałabym na stałe (w wersji „life” oczywiście) w swojej kuchni. A tak na wszelki wypadek, zadbałam o dobre samopoczucie Świętego Mikołaja i własne i czekam na zamówionego "Zjem to, co ma na sobie"Sedarisa i "Krakowską żałobę". I mam tylko cicha nadzieję, ze się Mikołaj nie obrazi, ze w jego role wszedł tym razem czarodziej Merlin;).

u Pana Andersena 27. listopada 2007 19:48:00 Komentarze (4)
linkologia.pl spis.pl

Płatki śniegu stawały się coraz większe i większe i w końcu wyglądały jak duże białe kury; nagle odskoczyły na bok, wielkie sanie zatrzymały się i osoba, która w nich jechała wyprostowała się, jej futro i czapka były całe ze śniegu; a ona sama była damą smukłą i wysoką, jaśniejąca bielą- Królowa Śniegu !”
J.Ch. Andersen „Baśnie”

Mam wrażenie, że właśnie przemknęła przez moja miasto-zawirowało, zasypało, drogę do domu najlepiej byłoby przebyć na sankach. Ale kiedy już dotarłam poza jej zasięg, zjadłam ciepłą zupę i zapaliłam tę małą lampkę do czytania, sięgnęłam po Jego Bajki. Pamiętam jak czytałam je już sama, bo tak prawdę mówiąc, dla dziecka zbyt małego nie nadają się zupełnie. Właściwie dopiero teraz, w pełni dorosła , potrafię docenić ich urok. Często przyłapuję się na tym, ze zapadły we mnie głęboko. Do dziś nie kupiłabym czerwonych trzewiczków, a nosząc niewygodne buty przypominam sobie małą syrenkę i jej cierpienia. Nudne przyjęcia przypominają mi do złudzenia przygodę Gerdy rozmawiającej z kwiatami (każdy opowiadał w kółko te sama historię), Calineczka uzmysławia, że nie należy się pchać pomiędzy stworzenia innego gatunku, a piosenka Świniopasa („Ach mój Miły Augustynie wszystko minie, mnie, minie” ) pomogła przetrwać niejedną uciążliwość losu. A kiedy bywam, tak jak teraz, zmarznięta i zasmarkana, otwieram zbiór na „Bzowej Babuleńce”. I rozgrzewam się herbatką ziołową, wysłuchując opowieści parującego imbryczka...

zawsze warto:

690 stron Niebieskiego Misia 20. listopada 2007 21:01:00 Walter Moers Komentarze (0)
linkologia.pl spis.pl
Parę dni temu skończyłam Niebieskiego Misia. Z mieszanymi uczuciami. Ponieważ czytałam wcześniej Miasto Książek, wiedziałam mniej więcej czego się spodziewać: brawurowych ucieczek, dziwacznych postaci, szaleństwa wyobraźni. Pierwszym zaskoczeniem były różnice w tłumaczeniu. Tym razem wykonała je inna osoba, i nazwy własne, znane mi z poprzedniej lektury zostały zmienione. I o ile w miarę łatwo domyśliłam się, ze obecna Zamonia to Camonia znana mi z Miasta, to już nieco ciężej było z poszczególnymi bohaterami. Ale tio jeszcze najmniejszy problem. O wiele bardziej drażniło mnie nagromadzenie istot i zjawisk, opisywanych w encyklopedyczny sposób co pół strony. Moers tutaj popisuje się potegą swojej wyobraźni do tego stopnia, że...zaczyna się to robić nudne! Zawsze twierdziłam, ze nie lubię filmów, w których występuje ponad 20 bohaterów. Kiedy na ekranie zaczynają przewalać się hordy Galów, Spartan, Elfów czy Gnomów, zapadam się w fotel i czuję jak oddalam się od centrum akcji, a zamiast śledzić sceny walk zaczynam oglądać tarcze zegarka. Okazuje się, ze podobnie mam w przypadku książek-im większy tłum, tym mniej mnie interesuje. Połowa z istot w tej książce ma bardzo mały rozumek i wielkie szczeki, pazury, łapska, -niepotrzebne skreślić- w które usiłuje pochwycić Misia, wiec co dwadzieścia stron udajemy się w pościg, z którego bohater zawsze wychodzi zwycięsko. Nie oznacza to, że książka jest zupełnie niestrawna. Profesor o 7 mózgach, dziury międzywymiarowe, Quwert, galaretowaty Książę z Planety Dywanów, nabywanie wiedzy drogą bakteriologiczną, maja niewątpliwie swój urok. To wszystko jednak trochę mało i przyznaję, że do końca dotrwałam bardziej z poczucia obowiązku, niż czystego zainteresowania. Gdyby nie gabaryty, z czystym sumieniem poleciłbym tę książkę, na wyjątkowo nudną podróż-akcja wartka, dużo myśleć przy czytaniu nie trzeba, a okazyjne ziewanie i westchnienia w takich okolicznościach nikogo nie dziwią.
Mrożek-wróć! 16. listopada 2007 23:57:00 na marginesie Komentarze (5)
linkologia.pl spis.pl

W dzisiejszym "Dodatku Kulturalnym” do Dziennika artykuł na temat, który mnie intrygował od dawna. Mianowicie, dlaczego, oh, dlaczego, nie mamy współczesnej rodzimej literatury emigracyjnej? Zaczytujemy się w jakiejś, zupełnie obcej kutrowo Zadie Smith, nosimy-cudze- „Brzemię rzeczy utraconych”, a o swoich ciężarach i bolączkach ani dudu?

Konkluzją autora jest propozycja, by kogoś zdolnego wysłać do rzeczy opisania - oczami wyobraźni widzę, jak się palcem we własną, wypiętą klatę przy tym dźga. Mnie się natomiast zdaje, że przyczyna jest zgoła inna. Taka Smith czy Desai to emigracja z kolejnego już pokolenia, które trudy stabilizacji materialnej ma za sobą, i może się spokojnie i uważnie roztkliwiać nad swoja tożsamością kulturową i społeczną. Nasi współcześni emigranci niestety, wszystkie życiowe – w tym i twórcze - siły zużywają na utrzymanie się na powierzchni. Ktoś, kto przez dwanaście godzin pakuje sardynki w puszki (to przez obrazki Chichiro mi się taki przykład nasunął), nie będzie miał siły i chęci na to, by snuć wieczorem błyskotliwe refleksje na temat życia na obczyźnie. Pytanie, czy są też jakieś inne, bardziej złożone powody. Tylko, że tu liczę już na Waszą podpowiedz.