Archiwum - grudnia 2007

trochę mi wstyd 17. grudnia 2007 22:08:00 Murakami Komentarze (5)
linkologia.pl spis.pl
 

Bo właściwie nie powinnam pisać o tej książce. Kłóci się  z założeniem, że tutejsze notki mają dotyczyć lektur, o których można powiedzieć „więcej niż pierwsza czytanka”. Bo w tym przypadku jest to o wiele mniej. Autor zdaje się ma ambicje trafić nawet do analfabetów –co  z pewnością po części mu się  udaje. Krótkie zdania, nieskomplikowane słownictwo, żadnych wykrętasów stylistycznych. Czyta się to łatwiej niż instrukcję użycia pasty do zębów. Niewykluczone, że jest to niedoszły scenariusz przeznaczony dla Lyncha, który jednak w trakcie przeglądania skryptu ziewnął i stwierdził ze już to nakręcił. Kto widział „Inland Empire” i zajrzy na strony książki opisujące śpiącą Eri Asai, jej dziwna wędrówkę w przestrzeni poza i wewnątrz telewizyjnej, bez trudu zobaczy podobieństwo. Okazuje się jednak, ze nawet koszmar może być nudny, a enigmatyczność łatwo pomylić z brakiem wyrazistości- w podwójnym tego słowa znaczeniu. Żeby uwiarygodnić tę opinie poniżej kilka cytatów- z zamieszczonymi w nawiasach uwagami, od których nie mogłam się powstrzymać::

            I

- A co robi twój ojciec?

(...)

- Nie bardzo wiem, co robi. Prawdę mówiąc. Ale tak czy inaczej mam graniczące z pewnością przypuszczenia (o rany!), że nie robi nic szczególnie godnego pochwały. A poza tym... zwykle nikomu o tym ni mówię, gdy byłem dzieckiem, przez kilka lat siedział w więzieniu. Krótko mówiac, był typem aspołecznym, przestępcą (chyba raczej trudno  o przestępcę, który byłby typem społecznikowskim?).  To tez jedna z przyczyn, dla których nie chce mieszkać w domu. Martwi mnie kwestia genów ( tzn fruwają w tym domu razem z kurzem? To drobnoustroje jakieś, te geny???)

-                    (Str 107)

 

II

- Wcale nie jestem silna. W dzieciństwie nie wierzyłam w siebie, byłam bojaźliwa, dlatego w szkole często mi dokuczano. Bez przerwy mi się to śni. Łatwo stawałam się obiektem drwin (typowy język nastolatki, prawda?). Jeszcze noszę w sobie to uczucie (ughhh).

- Ale starałaś się i z czasem po trochu (jej!) przezwyciężyłaś takie rzeczy, prawda? Te nieprzyjemne wspomnienia  tamtego czasu (hmm, chyba przezwycięża się właśnie uczucia, a nie wspomnienia?)

- Po trochu- mówi Mari. Kiwa głową-Po trochu. Taka już jestem. Staram się.

- sama się pracowicie starasz. Jak mrówka? (??? Samotne starania cechą gatunkowa mrówki?? czy aby na pewno???)

- Uhm.

- Moim zdaniem to wspaniale ze to potrafisz.

- Ze się staram?

- Że potrafisz się starać (czy to naprawdę taka wielka sztuka?)

(Str 167)

 

I tak dalej. Kto chce, może spróbować przepisać te dialogi w języku bardziej poczytnym, czyli współczesnym. Inna zabawa z ta książką może polegać na wyłuskaniu jak największej ilości takich „perełek”. Zresztą „wyłuskiwanie” jest tu złym słowem-one się po prostu wysypują ze stron przy każdym ruchu kartek. Ja natomiast mam graniczące z pewnością przypuszczenia, że nawet po tych paru akapitach  mniej więcej widać, na czym ta proza polega. Myślę, ze to byłoby tyle o panu M. Który się potrafi tylko starać.

Nie warto:

 

Obca 05. grudnia 2007 23:26:00 Pani Dalloway Komentarze (7)
linkologia.pl spis.pl

Klaryse zawsze widzę jako starszą panią, w żółtym kapeluszu, z kokiem w nieładzie, wąchająca żonkile. Panią, z którą nic mnie nie łączy –ani rodzaj poświęceń, ani gatunek marzeń. Dlatego czytałam o niej tak, jak ogląda się przedmioty w gablotach muzeów-ciekawe, interesujące –może; ładne-na pewno; tylko-zupełnie mnie niedotyczące.

Trzeba przy tym zauważyć, że już przyczepienie etykietki do eksponatu pt „Pani Dalloway” nastręcza niejakie trudności. Bo jaka jest ta Klarysa? Przystojna, starsza, ale nie babcia, ciepła, ale nie gorąca. Mąż widzi w niej miłość, dawny przyjaciel oziębłość i urodę, guwernantka córki zarozumiałość i egoizm. Na dodatek każda z tych opinii wydaje się prawdziwa. Przy czym nie ma możliwości  dokładniejszego przyjrzenia się tej jednej postaci, bo cały czas wędrujemy za biegiem myśli autorki w inne zaułki Londynu, w inne rozważania pozornie nie związanego z Klarysą Septiumusa i jego żony Recji, czy dywagacje Piotra Welsha. Bo czytanie tej książki przypomina surfing- nie tylko z  uwagi na liczne metafory morskie, powtarzający się motyw fali, ale i przez konieczność nieustannej czujności-jedno przymkniecie powieki, zachwianie uwagi i leżymy, nie wiedząc co się wokół nas dzieje, a cała historia rozbryzguje się w tysiące nic nie znaczących odprysków. I  za to cenię tę książkę, za zaufanie w inteligencje czytelnika, za wyciąganie go na poziom percepcji autora.    

A sama pani Dalloway? Wydaje mi się daleką krewna naszej Izabeli Łeckiej, krewną bogatszą i z lepszym szczęściem w życiu. Tak jak ona, uważała, że znalezienie odpowiedniego męża jest jednoznaczne z ułożeniem sobie życia, dlatego nie kieruje się tu żadnymi emocjami, ma w nosie to, że być może robi komuś krzywdę, nie wyłączając siebie samej.

Klarysa jest posłuszna konwenansom, jest przykładną-ale nie doskonała żoną-spełnia się wydając w swoim saloniku przyjęcia, a z jedyną namiętnością swojego życia, Sally, radzi sobie w ten sposób, że jej unika. Stara się sobie stworzyć bezpieczny kokon z rutyny i banałów, jak czyszczenie sreber, naprawianie sukni, rozmowy ze służbą. Od czasu do czasu ten kokon zostaje naruszony. Dzieje się tak, gdy na przyjęciu roznosi się wieść o śmierci Septimusa. Jednocześnie jest to jednak śmierć o b o k, śmierć z a m i a s t, i po pierwszym niepokoju, przynosi jeszcze większe poczucie bezpieczeństwa. Podobnie jest z samotną staruszką, która Klarysa obserwuje z okna-podczas gdy sama jest otoczona gośćmi, czy ubogą krewną zaproszoną na przyjęcie. Wszyscy ci „niewydarzeńcy” stanowią dla Klarysy jakby menento, utwierdzające ją w celności dokonanych wyborów.

„Pani Dalloway”, to książka która najlepiej przeczytać bez przerw, bez żadnego odchodzenia od tekstu. Choć w czasach , gdy pokojówek i kucharek w domach brak, grozi to totalnym bałaganem, który potem długo i mozolnie trzeba usuwać. O czym na własnej skórze właśnie się przekonałam...

Zamknij powiększone zdjęcie

niedoczytania 01. grudnia 2007 22:54:00 na marginesie Komentarze (5)
linkologia.pl spis.pl

Grudzień, ostatni miesiąc roku, czas podsumowań. Trochę z przekory, postanowiłam zrobić listę książek, przez które nie udało mi się w tym roku przebrnąć. Oto i one: 

Jadac do Babadag – Andrzej Stasiuk- książkę pożyczyłam od znajomych, ambitnie zamierzając poczytać LAUREATA NAGRODY. Okazało się, ze wątek opiera się głównie na podróżach przez zapomniane zaułki Europy. Jazda jest smętna i powolna, nie wiadomo dokąd z kim i w jakim celu. Wszystko dokoła jest tak okropne, że właściwie człowiek się zastanawia, po jaką cholerę się tam Stasiuk wybrał- kałuż i ruder u nas też nie brak. Spod kół leci błoto, pod nogami błoto, przed domami błoto. Na tle tej ziemistej mazi od czasu do czasu rysuje się jakiś wyrazistszy kształt: jest to albo monopolowy albo kobieta w jaskrawej sukience. Inne obiekty najwyraźniej nie powodują skupienia źrenicy autora. Po 15 stronach czytałam dalej, bo wspomniano o Emilu Cioranie. Po 20 stronach poddałam się definitywnie, i ostrożnie zamknęłam książkę, obawiając się, że z kartek zaraz zacznie padać deszcz.  

Jesień w Pekinie - Borys Vian- Facet biegnie do autobusu, który zamiast kół nosi wymięte trampki i w trakcie stawania na przystankach zamienia się w nosorożca, dlatego przy kasowaniu biletów nie należy mu nadeptywać mu na ogon-tak mniej więcej zaczyna się ta książka. Poziom absurdu utrzymuje się stale na wysokim poziomie, niestety nie jest to ten okaz abstrakcji który przemawia do mnie najlepiej. Czemu dałam wraz odkładając książkę po przeczytaniu pierwszych 10 stron.

Panna Samotne Serce - Sebastien Ortiz– nie wiem jak teraz, ale w latach 50 tych nie było dla kobiety większego nieszczęścia niż brak męża. Wszystkie chwile swego, smętnego życia , spędzała na rozmyślaniu nad tą olbrzymią pustką w kształcie upragnionego Jedynego. Jak śniła to o facecie, jak mówiła to do faceta (zmyślonego, ale jednak), jak się martwiła to z powodu faceta. Aż dziw bierze, ze jej organizm jakoś procesował podstawowe funkcje życiowe przy tej Wielkiej Nieobecności. Wkurzyła mnie po 15 minutach czytania. Feministkom stanowczo odradzam. 

The Picturegoers – David Lodge –chodzeni do kina jako ósmy grzech główny? Dla mnie stanowczo nie, dla wczesnego Lodge najwyraźniej tak. Rozterki bohaterów dotyczące niecnoty zupełnie do mnie nie trafiły.  Ksiądz przeklinający kinematograf jako narzędzie szatana, mąż zdradzający żonę przez oglądanie seksownej gwiazdki, pryszczaty młodzik, w którym filmy budzą niezdrowe emocje, są nie z tego świata, wszystko to zdradza ambicje na dyskurs o kondycji moralnej, którego nie mam ochoty podejmować. Przerwane w połowie, bez zamiaru kontynuacji. 

Zupa z granatów – Marsha Mehran – Kolejna historia emigrantek. Wszystko schematyczne i przewidywalne do bólu, styl na dodatek jak z czytanki w szkole podstawowej. Każdy jest albo bardzo dobry albo bardzo zły. Przeczytałam około 50 stron, potem przejrzałam do końca żeby sprawdzić, czy dobrze odgadłam zamysły autorki. Okazuje się, że aż za dobrze. Nigdy więcej irańskich potrawek z kuchni tej pani.  

  

radiopestka | projektdomu | kormotrin | pefioricet | szara-codziennosc | Mailing