Archiwum - maja 2007

Ginia 11. maja 2007 00:32:00 Virginia Woolf Komentarze (15)
linkologia.pl spis.pl

Hołdując swojej filologicznej przeszłości zakupiłam dzienniki Virignii Woolf. Książka opasła i różowa, nie pasuje do smukłej wielkookiej Virginii w ogóle. Na szczęście kartki są zszywane, zawsze o udrękę przyprawiają mnie książki klejone, jako znana szałaputa często zostawiam je otwarte grzbietem do góry, czego efektem są sypiące się kartki i straty w tekście. 

Tym razem wyjątkowo szybko zabrałam się za zakupioną nowość, leżakowała zaledwie tydzień. Ale po pierwszych trzech latach musiałam zrobić przerwę dla złapania tchu. Jak umęczone przyjęciami dziecko miałam ochotę moja autorkę złapać za rękaw i płakać, że nie chce na następną herbatkę czy  przyjęcie. Bo Virginia goni z jednego spotkania na drugie, wydaje mi się że po kartkach tylko miga róg jej zakurzonej sukni, kiedy wpada do kolejnego lokalu czy domu, żeby zamienić kilka słów z tym czy innym znajomym. Owszem, gdzieniegdzie można odszukać jakąś refleksje, trafne lub złośliwe spostrzeżenie, tylko że zawsze jest to „pomiędzy”. Zastanawiam się, czy ten efekt to wynik poczynionych skrótów, które upodobniły zapiski Virginii do blogowych notek? Oryginalnie dzienniki to 5 obszernych tomów, tymczasem tutaj mamy wszystko stłoczone na 700 stronach, a opis jednego dnia zajmuje średnio 20-30 linijek tekstu. Z drugiej strony  5 tomów to perspektywa, która niewielu czytelników mogłaby skusić. Jednak głęboko zakorzeniona awersja do cenzury  budzi we mnie podejrzenie, że pozbawiono mnie czegoś, że zadecydowano za mnie co będzie odpowiedniejsze, że być może w tych niezamieszczonych fragmentach mieści się cała prawda, gdy tymczasem tu serwuje się tylko przypadkowe okrawki...

mowa o:

Chwile wolności Dziennik 1915-1941

 

Yuck 07. maja 2007 22:08:00 Komentarze (0)
linkologia.pl spis.pl

Co tu dużo mówić, skusił mnie tytuł i pewno wspomnienie. Dotyczyło koleżanki, cierpiącej na specyficzny rodzaj abulii, czy po naszemu mówiąc niedowładu decyzyjnego. Wyglądając z pozoru niewinnie i zasobnie, stawała się moją uciechą, a ekspedientki udręką w każdym odwiedzanym prze nas sklepie. Sztukę przebierania doprowadziła ona do perfekcji uwieńczonej-prawie zawsze-sukcesem nierobienia zakupu. Nawet w zwykłym kiosku z bielizną potrafiła stworzyć kunsztowny spektakl, z rozpakowywaniem pięciu paczek rajstop jako preludium i sceną kulminacyjną  w postaci szczegółowych oględzin każdej pary pod światło i rozciągniętej na dłoni. Po około dwudziestu minutach, pełnych rozważań i żywego zainteresowania oglądanym towarem, koleżanka jakby słabła, z wolna opuszczała rękę, delikatnie odkładała towar, wygłaszając kwestię, (której towarzyszyło z reguły lekkie prychniecie osób towarzyszących): „to ja się jeszcze zastanowię...”       

 Pomna radości dostarczanych prze brak zdecydowania,  z ochotą zabrałam się za lekturę. Na początku było nieźle, wieczny chłopiec który „pielęgnuje swoja niedojrzałość” marną posadą, lichym lokalem i niestałością związków. No ale niestety im dalej, tym gorzej się działo. Otóż pewnego dnia bohater decyduje się na wyprawę w ekwadorska dżungle z której jako zdobycz wyniesie miłość, powinność i szczytne ideały. Zanim zaserwuje danie główne w postaci zmienionej postawy obywatelskiej bohatera, autor podkarmia czytelnika iście amerykańską papką z mieszaniny uczuć kazirodczych, narkotycznych wizji, nieszczęść trzeciego świata i rozdziobanych terrorem wież WTC.  Wszystko to wywalone na siłę, natarczywie i umaczane w  gęstym sosie moralizatorstwa niestety nie tylko psuje smak całkiem niezłego wstępu, ale ostro zalatuje sztuczną karmą dla  prostodusznych  nieświadomych.   Efekt-mdłości i zniechęcenie, oraz decyzja by więcej nie sięgać po tego pisarza oraz odradzać go innym.  

Nie polecam:

Niezdecydowanie

trismegistos | maddin | bzqnawca | elaine | bad-girl | Mailing