Archiwum - wrzesień 2007
Jak nigdy, mój tegoroczny wypad wakacyjny zbiegł się z porą największych upałów, tak obezwładniających, że wszystkie siły koncentrowało się jedynie na szukaniu cienia. A kiedy już się znalazło miejsce pod odpowiednio rozłożystym drzewem, chętnie sięgało się po coś chłodnego.
Dlatego jako antidotum na palące promienie słońca wybrałam lekturę o kraju mżystym, dżdżystym i osłoniętym chmurami. A właściwie nie tyle o kraju, co jego mieszkańcach, którym często nadawany jest przydomek „zimnokrwiści”. Czy słusznie? Okazuje się, że nie zawsze, ze często konwenanse przysłaniają prawdę, a niektóre mity o angielskiej „sztywności” obecnie odnoszą się jedynie do wąskiego kręgu tzw upper class. A rozpoznać owa klasę można po szczegółowej obserwacji i drobiazgowym notowaniu zawartości posiłków - kokatjl z krewetek to co najwyżej klasa średnia niższa, czy salonów –komplet wypoczynkowy to na pewno klasa średnia lub niżej.
Nie wiem, czy tego rodzaju informacje kiedykolwiek do czegoś się mogą przydać, ale czytanie tak skrupulatnie sporządzonej mapy społeczeństwa brytyjskiego przysporzy na pewno sporo uciechy i zaspokoi ciekawość każdego anglofila. Jak dodatkowy bonus mamy wyjaśnienie zjawisk „nice cup of tea” oraz znaczenia eufemizmów i niedomówień w angielskich konwersacjach oraz mnóstwo innych informacji na temat tego co, gdzie i dlaczego czytają, kupują i ubierają Brytyjczycy. I choć zarówno tytuł, jak i zawartość książki sugeruje , że wreszcie uda się nam przejrzeć ich na wylot, to lektura bardziej daje szansę dowiedzenia się ciekawostek o innym gatunku niż jego kompletnego zrozumienia.
mowa o:

Pamiętacie „czekoladę” z uroczą Vianne, owianą oparami kakao i czarów? Cudowne pomadki i trufle, słodkie zapachy dzieciństwa i odrobina nieoczekiwanego- czy może być smakowitsza mieszanka? Nic dziwnego, że na możliwość dokładki oblizałam się gwałtownie i łapczywie. Przygotowawszy sobie na urlop taką porcję łakoci z rozkoszą rozciągnęłam się na leżaku i zabrałam się za czytanie. Troszkę bałam się posmaku odgrzewania, ale okazało się, że niesłusznie.
Bo choć Vianne złożyła czarom wypowiedzenie, to zaczyna się nimi zajmować wiele innych osób, a kręcąca się przy jej rodzinie przyjaciółka skutecznie miesza nie tylko w garnuszkach z czekoladą. Okazuje się nagle, że nawet czarownice mają problemy wychowawcze i pragną ustatkowania. Cóż może być bardziej kojącego od świadomości, że jest się takim jak inny? A może właśnie zgoda na własną odmienność, ba, nawet odwaga jej manifestowania?
W miarę czytania okazuje się ze mamy do czynienia tylko ze współczesną bajką, ale także z przypowiastką o wyborach, tolerancji i dorastaniu. O tym, ze może niewarto rezygnować z siebie na rzecz ogólnej akceptacji czy tzw „normalności”. Próbować stłamsić swojej wewnętrznej czarownicy.
Żeby dojść do takiego wniosku, Vianne musi zaręczyć się z zasobnym mieszczuchem
i spotkać dziwnie przypominająca dawną ją kobietę. Musi odkurzyć stare formy na czekoladę, wypolerować płytę kuchenną, ułożyć znowu Tarota. I podjąć decyzję.
Więcej nic nie powiem, idę ćwiczyć znak „zgiń przepadnij”, bo w poniedziałek w pracy na pewno bardzo się przyda...
polecam:

Strona główna
Archiwum
- luty 2009
- styczeń 2009
- grudzień 2008
- listopad 2008
- październik 2008
- wrzesień 2008
- sierpień 2008
- lipiec 2008
- czerwiec 2008
- maj 2008
- kwiecień 2008
- marzec 2008
- luty 2008
- styczeń 2008
- grudzień 2007
- listopad 2007
- październik 2007
- wrzesień 2007
- sierpień 2007
- maj 2007
- kwiecień 2007
- marzec 2007
- luty 2007
- styczeń 2007
- czerwiec 2006

