Archiwum - stycznia 2008

bez przykrości 29. stycznia 2008 20:50:00 Sedaris David Komentarze (2)
linkologia.pl spis.pl

Kiedy krajobraz za oknem przypominał ilustracje do ostatnich akapitów „kociej kołyski” -wszystko skute lodem- z przyjemnością ogrzałam myśli na czytaniu nowego Sedarisa. Tym razem to wspomnienia z życia dorosłego, pierwsze próby bycia artystą. Autor opisuje swoje próby tworzenia sztuki za wszelką cenę w dobrych latach siedemdziesiątych, gdy mianem „performance” określano najlichszy wygłup. Nie trwało to jednak zbyt długo, na szczęście i publiczności i twórców. Potem tworzenie byle jakich happeningów okazuje się być zjawiskiem groteskowym i dewaluuje się w tempie dzisiejszego dolara. Może to i dobrze, bo autor odstawił dragi i patelnie z przypalonymi żołnierzykami z plastiku  i zaczął szukać wrażeń gdzie indziej. W ten sposób znalazł się na obczyźnie, konkretnie we Francji. Ta właśnie część książki, którą można by opieczętować oklepanym  hasłem „Amerykanin w Paryżu”, wzbudziła najwięcej mojego zainteresowania i śmiechu. Co prawda los nie obdarzył mnie tak elokwentnie używająca przekleństw nauczycielką francuskiego, ale frustracje związane z próbami nauki tego języka są mi doskonale znane. Dalej Sedaris tworzy swoistą kronikę porażek i dziwactw własnych i osób najbliższych. Robi to z reguły bez złośliwości, z humorem tylko lekko podszytym ironia. I na koniec myślimy sobie, ze życie pełne sukcesów byłoby pasmem nudy, bo dopiero kilka potknięć można zamienić w ciekawą opowiastkę, która nie zawsze kończy się morałem, ale  z reguły z uśmiechem. 

mowa o: 

lullaby 27. stycznia 2008 23:11:00 Zadie Smith Komentarze (2)
linkologia.pl spis.pl

Zadie Smith była jedną z moich porażek czytelniczych. Po przeczytaniu wielu „ochów” i „achów” na temat Białych Zębów rozejrzałam się po półkach znajomych i dokonałam odpowiedniego zapożyczenia. Kilka godzin później, wymościłam sobie miły kształt w poduszce , okutałam się kołdrą i zabrałam za czytanie. Na pierwszej stronie ktoś się drapał po ścianie czy tez murze. Drapał się i drapał, przez następnych stron 15. W końcu sama podrapałam się po nosie, westchnęłam i zamknęłam książkę. Więcej po nią nie sięgnęłam. Kilkanaście miesięcy później, w pewnym wakacyjnym ku rocie,  zerwałam się z leżaka z niepokojącą świadomością, że nie mam już co czytać. Ratunkiem był przegląd zawartości najbliższego niby-kiosku. Jedyne nazwisko które zdawało się mi coś mówić, spośród tych znajdujących się na oferowanych książkach, było Zadie Smith. I tak zabrałam się za Autograph Man, którego  czytałam nawet bez specjalnej męki. I właściwie na tym mogłabym zakończyć znajomość z Zadie. Gdyby nie słabość do tzw powieści uniwersyteckiej. A taki właśnie typ reprezentowała następna książka autorki, która zawędrowała do księgarń. No i gdy jeszcze znalazła się wersja oryginalna , w przystępnej cenie (i okropnym paperback’u) skusiłam się. 

Kiedy zaczynałam czytać, nie pamiętałam już jak wielką i powolną detalistką jest Smith.
Z reguły lubię mieć dokładny obraz bohaterów i miejsc akcji, ale szczegółowe dane na temat wzoru tapety, ułożenia czyjegoś warkocza, głębokości kałuż na chodniku, nie są mi zawsze niezbędne do ogarnięcia całości. Powodują wręcz lekki zniecierpliwienie. Które łagodziłam, tłumacząc sobie, że przynajmniej w ten sposób poszerzam słownictwo. Z drugiej jednak strony potęgowało to wrażenie dystansu. Nie wiem dlaczego, ale gdy czytam książkę w języku niewłasnym, mam wrażenie , jakby słowa były zawinięte w cienka przezroczystą folię, przez którą widać je bardzo dobrze, ale która często uniemożliwia bezpośrednie ich dotkniecie, poczucie faktury, zapachu a nawet czasem smaku.

Ale „nieczucie” tej książki nie tylko na tym polegało. Zadie znana jest z drążenia problemów etnicznych, rasowych. Które, mieszkając w zupełnie innym kręgu kultorowo-spolecznym, nie jest łatwo dogłębnie pojąć. I tak czytając, miałam pewną satysfakcję, że pojęcia affirmative action, czy  Brown vs Topeka Board of school, są mi znane i przynajmniej z grubsza wiem, czego dotyczy spór miedzy dwoma głównymi antagonistami powieści. Zresztą, w trakcie dalszej lektury, zaczęłam rozumieć, ze może lepiej byłoby patrzeć na książkę jako dyskusję na temat ludzkich charakterów, a nie słuszności poglądów politycznych. Mamy tu bowiem obraz dwóch, niby przeciwstawnych rodzin, gdzie w jednej głowa rodziny jest zaciekłym konserwatystą, a w drugiej liberałem. W miarę rozwoju akcji, okazuje się, że to jedyne różnice pomiędzy nimi, bowiem sposobem postępowania ze swoimi najbliższymi, ze swoją miłością do żon i poziomem moralnym nie różnią się specjalnie. Po raz kolejny mężczyźni Smith to mali krętacze, drepczący wokół swojego ego, drżący ze strachu, że cokolwiek mogłoby naruszyć ten obraz siebie, który na codzień pieczołowicie kreują. Dla kontrastu ich żony to kobiety szczodre, ciepłe, macierzyńskie i wyrozumiałe, istne boginie domowego ogniska i rodzicielskiej miłości. Na szczęście w przypadku młodszych bohaterów książki ten obraz jest bardziej zróżnicowany. I choć wielość bohaterów mogłaby sugerować zawiłość wątku i tempo akcji, to historia toczy się powoli, ma mnóstwo, czasem niepotrzebnych, odnóg i aluzji. Całość przypomina kołysankę, szeptaną powoli opowieść o zamorskim kraju. Jednak gdy już powoli czytelnikowi lecą powieki, następuje wielki wrzaskliwy finał, łączący wszystkie rozwinięte watki jednym mocnym węzłem, którego zasupłanie zajmuje nie więcej niż 40 ostatnich stron. Przyznaję, że z trudem ich się doczekałam...

mowa o:

punkt skupu 24. stycznia 2008 21:15:00 książka na bok i do kina Komentarze (2)
linkologia.pl spis.pl

Czeska Amelia ma 65 lat, problemy z prostatą i mocno siwa brodę. Nie ma za to spojrzenia bezpańskiego spaniela i chudego tyłeczka. Były nauczyciel, pracownik skupu butelek, jak jego francuska krewniaczka, lubi widzieć dookoła siebie szczęśliwych ludzi. I usiłuje dyskretnie ich ku temu szczęściu nakierowywać. Robi to może  z mniejszym wdziękiem, ale i tak budzi sympatię. Charakterystyczne dla niego jest to, ze potrafi odgadnąć marzenia wszystkich, oprócz osoby najbliższej -własnej żony. I choć film z taka problematyką mógłby chwiać się to w stronę słodkiej bajki to w stronę dramatu jałowości długoletniego związku, to jakoś wszystko łapie tu równowagę. Może dzięki łagodnemu poczuciu humoru, może dzięki odrobinie bajkowości, może dzięki melodyjności języka, bohaterom przypominającym i wyglądem i zachowaniem ludzi zwykłych, niepięknych. Cos sprawia, ze po obejrzeniu tego filmu czułam się jak po długim orzeźwiającym spacerze, po łyku dobrego wina na koniec męczącego dnia. I wychodząc z kina, miałam ochotę nie dopinać płaszcza i węszyć za wiosną.

dobrze jest pójśc na:

Butelki zwrotne Vratne lahve

bigamia 22. stycznia 2008 19:37:00 na marginesie Komentarze (1)
linkologia.pl spis.pl
Ostatnio zdradziłam empik z Kolporterem. Ten drugi okazał się spokojniejszy i zasobniejszy;). Nie ma tam tłumów, jest więcej przestrzeni miedzy regałami. Tylko obsługa jakaś taka...z dziwnego klucza wybierana, mam wrażenie. Jest panna z bardzo mocną nadwagą w bardzo obcisłych dzinsach, druga z uśmiechem godnym nowego wcielenia Nosferatu i chłopak, który na buzi ma smugi cienia ze źle rozprowadzonego samoopalacza. Na dodatek przy kasie prowadzą swoistą grę-pytają klienta, czy nie zechciałby skorzystać z oferty specjalnej. Jest to książka pod tytułem „Duchy, upiory i inne tajemnice”...
bez wyroku 20. stycznia 2008 22:56:00 Margaret Atwood Komentarze (6)
linkologia.pl spis.pl

Kiedy przysiadałam się do Joan na jej balkoniku Terremneto, byłam przede wszystkim zadowolona, że spotykamy się w tak ciepłym miejscu. Włochy, rozmarzyłam się, idealne miejsce na spędzenie zimy. Po prostu raj! Choć tak właściwie już po chwili okazuje się, ze nic nie jest tu nawet bliskie niebiańskiego spokoju. Ani rzeczony balkonik, ani tkwiąca na nim kobieta, ani jej życie. I całe szczęście , bo dzięki temu jest naprawdę ciekawie. Joan snuje opowieść o swoim pogmatwanym losie, o matce perfekcjonistce, która cierpiała z powodu otyłości swojej córki, o wrednych koleżankach z lat dziecinnych, o dziwacznych związkach skazanych na niepowodzenie, o pokrętnej karierze literackiej. A z całym  tym galimatiasem kontrastuje watek pisanej przez Joan powieści, typowego harlequina, w którym buzują uczucia i  dzikie namiętności. To  złudzenie, do którego ucieka nie tylko Joan, ale i całe rzesze kobiet kupujących jej dzieła. Bo raczej na spotkanie księcia na białym koniu w codziennym życiu nie maja co liczyć. Mężczyźni Atwood to egzemplarze nieciekawe, nie spełniają się  w żadnej roli-męża, kochanka, nawet ekshibicjonisty. Zresztą spotkanie małej Joan z mocno mitologizowanym  „zboczeńcem”, stanowi niejaką zapowiedz jej przyszłych kontaktów z mężczyznami, których seksualność i heroiczność, jest bardziej kwestią jej wyobraźni, stworzonego na własny użytek złudzenia, niż rzeczywistości. Mężczyźni  w tej książce to postacie które ciężko nazwać bohaterami, każdy z nich nosi w sobie wiele wad i połączeni są  jedną cechą- naznaczeniem śmiercią. Łagodny i dostojny ojciec Joan okazuje się  mordercą politycznym, jej pierwszy kochanek trzyma w szufladzie nabity rewolwer, mąż jest zafascynowany próbą ataku terrorystycznego a najbardziej romantyczny kochanek kolekcjonuje padlinę. Kulminacją całego tego ciągu jest scena,  w której fikcyjny bohater jej powieści zamienia się w...no przeczytajcie same;)

A sama Joan? Dlaczego Pani Wyrocznia? To nie tylko tytuł bestsellera, który napisała mając wizje podczas seansów spirytystycznych. W trakcie tych dziwnych sesji ze świecą i lustrem Joan ma wrażenie wędrowania w podziemiach, rozmów z nieznaną kobieta. Czy to przypadkiem nie o Persefonę chodzi? Czy sfingowana śmierć Joan i jej powrót do życia nie stanowią czasem analogii do mitu tej boginii? I czy Joan jest niepoprawna romantyczką, oczekując kolejnej miłosnej przygody, czy tez po prostu ma dar odradzania się?

Nie mam zamiaru odpowiadać na te pytania, samo zadanie ich sprawia, ze joan staje mi się bliska i ludzka. Czasem groteskowa, czasem bezduszna, nieustannie poszukująca uczucia. Kiedy spotyka ponownie Swojego Najdroższego Artura stwierdza, „ i tak poniósł niemałe trudy, żeby mnie odnaleźć. Przeszedł co najmniej trzy przecznice w deszczu” i rzuca mu się ramiona. Bo Joan pragnie miłości do tego stopnia, że jest w stanie samą siebie oszukiwać bezustannie, byle mieć chociaż w r a ż e n i e, ze jest kochana. Dlatego, mimo że jest niezłą krętaczką, to najbardziej „wrabia” samą siebie. Robi to z wdziękiem i sporym poczuciem humoru, dzięki czemu jej poczynania nie są ckliwą opowiastką o zawiedzonych uczuciach i ciężkim losie przedstawicielki płci pięknej, ale błyskotliwie opowiedzianą historią  o uczuciach i oczekiwaniach młodej kobiety.  Którą czyta się wartko, szybko i z częstym, choć ironicznym, uśmiechem.   

Cieszę się, ze podjęłam się czytania tej książki, mimo wahania po lekturze „Ślepego zabójcy”. I na pewno będę rozglądać się za jej wznowieniem, które ma ukazać się w marcu w Wydawnictwie Literackim. A Margaret Atwood podobno jest kandydatka do literackiego Nobla, ha!

Rewelacja:

 Pani wyrocznia