Archiwum - października 2008

Targi książki w Krakowie 27. października 2008 21:56:00 na marginesie Komentarze (5)
linkologia.pl spis.pl

I znów zwiodła mnie wyobraźnia. Imaginowałam sobie istny ogród rozkoszy czytelniczych, z uroczymi zakątkami zapchanymi dobrą lekturą i wygodnymi fotelami, z subtelnie uśmiechającą się obsługą, gdzie nad książką pochylają się z nieliczni czytelnicy,  a ruchowi przewracanych kartek towarzyszą delikatne takty muzyki, sączącej się z megafonów. Tymczasem trafiłam na jarmark co się zowie, z ciasno rozstawionymi stoiskami, upoconymi sprzedawcami i nerwowo przepychającymi się klientami. Zamiast fikcji literackiej wdychało się abstrakcję wentylacji, która skutecznie wypompowywała z  pomieszczeń hali tlen i wypełniała je podgrzanym dwutlenekiem węgla.  Jedyne stoisko, do którego był swobodny dostęp, zawierało podręczniki i poradniki z zakresu prawa. Reszta była tak mocno oblegana przez zainteresowanych, że nie sposób było się dostać do lady. O wzięciu książki do ręki nawet nie wspomnę. Na dodatek chyba wielość wrażeń obudziła w zwiedzających, tak dobrze niegdyś wykształcony, instynkt łowców kolejkowych. Ludziska pchali się, popychali, trącali i nadeptywali z pełnym werwy entuzjazmem. Moja biedna przestrzeń osobista podkuliła ogon i schowała się tuż przy lewym bucie.  W całym tym galimatiasie sferą własnego powietrza cieszyli się tylko autorzy wystawianych dzieł, którzy, jak rodzynki w cieście, tkwili przy niektórych stoiskach, czekając, często na daremno, na wyłuskanie. Trzeba przyznać, że byli sprytnie ukryci i przypuszczam, że odnalezienie niektórych z nich wymagało umiejętności nabytych w długoletnich zabawach w podchody. Na wszelki wypadek żaden z literatów nie był zaopatrzony w identyfikator, a miejsce jego siedziska, jeśli było w ogóle w jakiś sposób oznakowane, można było dostrzec jedynie z odległości dwóch metrów. Wyglądało na to, że wielu poszukujących czytelników przybrało taktykę „idź za tłumem”. Problem polegał tylko na tym, że tłum był wszędzie.

Żeby jednak zakończyć optymistycznym akcentem, powiem, że szczęśliwie udało mi się dotrzeć do tych pisarzy, na których mi zależało. Ponieważ jednak każdy z nich, a właściwie każda, jest wielką indywidualnością, opisy spotkań z nimi zamieszczę w osobnych notkach.

I jeszcze tylko zdradzę, że po powrocie do domu, zamiast rozpakować zakupione książki, w ilości sztuk 1, z przyjemnością zabrałam się za składanie zamówienia w merlinie.

a tak to mniej więcej wyglądało:

spowiedz 22. października 2008 22:37:00 na marginesie Komentarze (6)
linkologia.pl spis.pl

Paulina 654 zaprosiła mnie do udziału w krążącej ostatnio ankiecie czytelniczej. Zrobiłam rachunek sumienia i oto do jakich wniosków doszłam:

 

O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?

Już tak mam, że nie lubię wykonywać żadnych czynności -poza spaniem-przed godzina 11 rano. Dlatego najczęściej czytam wieczorem, czasem nocą. Wyjątkiem są weekendy, kiedy śniadanko (o 11.30 najwcześniej;) z książką jest najlepszym początkiem dnia, jaki mogę sobie wymyślić.

 

 gdzie czytasz?

Najczęściej w domu, zawsze w pociągu, choć ostatnio niewiele podróżuje. Bardzo żałuję, ż e nie mogę czytać książek w pracy. Jeden z moich znajomych zajmował się lekturą w podczas biurowej nasiadówki, dzięki usytuowaniu biurka w strategicznym punkcie-za potężnym filarem. Niestety, w moim ofisie takich naturalnych barier ochronnych brak. Z reguły więc sadowię się z książką już w domu,  w fotelu. A kiedy jest zimniej na łóżku, otulając się szczelnie kołdronarzutą. W lecie lubię przesiadywać z książką na balkonie, a na wakacjach nad morzem, po starannym wymoszczeniu leżaka lub grajdołka. Kiedyś zawsze czytałam podczas jedzenia, nawet obiadu, co wymagało sporej ekwilibrystki przy konsumowaniu takich potraw jak pomidorowa czy rosół z makaronem. Do dzisiaj potrafię zasiąść w restauracji rozkładając przed sobą książkę tuz obok talerza. Przyznam nawet, że niektóre książki szczególnie kojarzą mi się z konkretnymi posiłkami. Inne natomiast  kwalifikuję jako „niedojadalne”. 

 

Jeśli czytasz (na leżąco) w łóżku, to czytasz najchętniej na plecach czy na brzuchu?
Nigdy na brzuchu. Zawsze wpółleżąc, z co najmniej dwiema poduszkami: jedną położoną pod plecy druga pod głowę. 

 

Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?

Głownie czytuję beletrystykę. Jeśli romansidła to tylko klasyczne, jak Jane Austen. Nie czytuję fantasy, prawie żadnych kryminałów, popularnonaukowych. Dla mnie książka ma być podróżą w głąb człowieka, jego myśli, uczuć, bądź wyobraźni. Stąd zamiłowanie do realizmu magicznego.    

 

Jaką książkę ostatni kupiłaś/-eś?
„Stambuł” Pamuka.

Co czytałaś/-eś ostatnio?
„Czerwoną sofę” Michele Lesbre.

Co czytasz aktualnie?
„Martha F.” Nicolle Rosen.

Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi? Jeśli używasz zakładek, to jakie one są?
Żadnych oślich rogów! Co najwyżej kładę książkę grzbietem do góry. Co przy obecnej modzie na klejone kartki nie zdaje egzaminu. Dlatego staram się jednak korzystać z zakładek. Używam tradycyjnych, często załączanych do książęk. Czasami też korzystam z pocztówek, lub kartek kupionych jako pamiateki z galerii lub muzeów. Czasem, gdy nie mam nic innego pod reka, używam oderwanych z ciuchów metek.

 

Co sądzisz o książkach do słuchania?
Świetny pomysł dla kogoś, kto nie może „używać” słowa pisanego. Jedyna książka do słuchania, z jakiej skorzystałam to „Portret Dorian’a Gray'a”. Przy okazji podszkalałam język, bo była to wersja oryginalna, a lektor czytał piękną angielszczyzną.

 

Co sądzisz o ebookach?
Od czasu, gdy jeszcze nastolatką będąc przeczytałam „451 stopni Farenheita” z nieufnością podchodzę do wynalazków, które zmieniają tradycyjne oblicze książki, pozbawiając ją właściwej formy, czyli tej papierowej, z okładką,  drukiem, zapachem farby i celulozy.

Za e-bookami nie przepadam też ze względów praktycznych, po prostu fatalnie czyta mi się  z monitora, i gdy tylko mogę, korzystam z wydruków.

 

A teraz do udziału w kwestionariuszu zapraszam Ningę i Zaczytanie.

 

 

 

 

 

za daleko 20. października 2008 22:43:00 Komentarze (4)
linkologia.pl spis.pl

 „Już nie jestem stąd -wyrecytował- czuję się zaledwie jak przemijające wspomnienie. Ni ty, ni ja nie jesteśmy z tego nieszczęsnego świata, któremu oddajemy życie, aby nic już nie było takie jak teraz.”

"Tango w Buenos Aires" Tomas Eloy Martinez

Kupiłam tę książkę przez uwielbienie dla tanga. Dla mnie ten taniec to pięknie opowiedziana kłótnia dwojga kochanków. Jakoś nie zastanawiałam się nad tym, że tango to przecież i pieśń. Ale, jeśli pomyśli się o rytmie tego utworu, to można przewidzieć intensywność znaczenia jego słów. Dlatego książkę zaczynałam pełna nadziei, tym bardziej że początek ma start w miejscu tak mi bliskim jak księgarnia. Miejsce akcji jednak szybko oddaliło mnie od wszystkiego, co znajome. Buenos Aires, miasto, o którym wiem niewiele, stolica kraju, o którym właściwie nie wiem nic. Tymczasem autor nie prowadzi mnie prostymi ścieżkami, nie zachęca do spacerów szerokimi traktami, nie pokazuje co znamienitszych zabytków. Każe tropić swój ślad w zaułkach i zakamarkach, błądzić po odległych dzielnicach, by wreszcie samemu zawędrować w labirynt tak zawiły, ze niemożliwy do pokonania. Wszystko przez to, że sam wytycza swoje ścieżki tropiąc legendarnego śpiewaka tanga, ułomnego Martela, który w sobie tylko znanym porządku planuje recitale w najdziwniejszych zakamarkach miasta.

Na początku tej wędrówce towarzyszyło moje zainteresowanie, ale powoli, wraz z rozwojem tej historii, zaczęłam pojmować, ze nie idę w kierunku, który kiedykolwiek mnie do czegoś doprowadzi. Wielość tropów, upał i kurz, wzrastający gniew mieszkańców Buenos Aires, zmęczyły mnie prawie tak bardzo, jakbym rzeczywiście sama wędrowała poszukując nieokreślonego celu. To zmęczenie przerodziło się w zniechęcenie, i książkę kończyłam głównie z poczucia obowiązku czytelnika, który chce dopełnić obietnicy złożonej autorowi, ze dotrwa razem z nim do kresu wspólnie rozpoczętej wędrówki. Jakby tego było mało, współtowarzyszem tej wyprawy jest Borges, pisarz zupełnie mi nieznany. Tymczasem Martinez pała do niego uwielbieniem tak mocnym, ze podczas zagłębiania się w tekst miałam coraz intensywniejszą wizje mojego spotkania z autorem. Przy czym nie był to obraz przygaszonego intelektualisty, ze zmęczeniem podpisującego kolejny egzemplarz swego dzieła. O nie, ja widziałam oczyma wyobraźni, jak rozjuszony Martinez z całej siły wyrwa mi z rąk swoją książkę, wrzeszcząc: „nie czytałaś Borges’a? Jak TO!!! NIE CZYTAŁAŚ BORGES’A!! TO NIE MOŻESZ!!!! ODDAWAJ!!!!”. I na dodatek cały czas myslę, że ma rację.

mowa o:

 

niedamysie 13. października 2008 21:37:00 na marginesie Komentarze (11)
linkologia.pl spis.pl

Kryzys, Panie Kochanku. Rodem z Ameryki, więc mocno szczerzy zęby, ale, ojoj,  nie w uśmiechu. Pożera akcje, obligacje, nieruchomości, bankowości, a nawet całe państwa. Co przezorniejsi usypują kopce ze szlachetnych kruszców, za którymi mają zamiar się chronić przed odstrzałem z szeregów ludzi zasobnych. Idąc za ogólnym trendem (w tłumie, jak wiadomo, bezpieczniej) tez się wzięłam za tworzenie kopców. Oto i moja barykadka:

 

 

Józef Baran „Tragarze wyobraźni”- Miłosz, Szymborska, Myśliwski Leśmian, Tokarczuk i wielu innych, koło których nie mogłam przejść obojętnie. A teraz mam szanse na miłe znimi pogaduchy .

Tomas Eloy Martinez „Tango w Buenos Aires” – do miejskiego wyzwania, jestem w trakcie, więcej napiszę niedługo.  

Michele Lesbre „Czerwona sofa” – zawsze miałam słabość do pluszowych kanap, zobaczymy, czy ta będzie warta sentymentu.

Woody Allen „Obrona szaleństwa” – tytuł na czas obecny idealny. Trochę zwarzył mi się humor, gdy odkryłam ze jedna trzecia to opowiadania z tomiku, który już posiadam.

Mollie Gillen „Maud z Wyspy Ksiecia Edwarda” – w zimie brak ciepła kominka zastąpię ponownymi odwiedzinami na Zielonym Wzgórzu. I to długimi!

Linda Grant „The Clothes on Their Back”- najdroższy paperback w mojej karierze czytelniczej. I nauczka, żeby dobrze się zastanowić przy następnym korzystaniu z oferty zagranicznej empiku.

Elfriede Jelinek „Pianistka” – Eksperyment za namową Zosika.

Taichi Yamada „ W pogoni za dalekim głosem”- Tadam, nadeszła moja wygrana J

Miałam jeszcze ochotę na „Nocny pociąg do Lizbony”, ale pani w empiku wyklikała, że brak. Dopiero po odejściu od infodesku  mnie olśniło, ze Lizbona wpisała przez „S”. No to chyba faktycznie nie było....

I to tyle raportu z moich działań inwestycyjnych. Czy to nie piękne, że to co dawniej byłoby lekkomyślna rozrzutnością, śmiało mogę teraz nazwać lokowaniem kapitału? 

przykazane, przeczytane, polubiane 03. października 2008 23:07:00 na marginesie Komentarze (5)
linkologia.pl spis.pl

Dzieciaki w  szkołach pewnie już zatemperowały ołówki, obwąchały nowe zeszyty i co rusz wzdychają. Mogę się założyć, że jedno z najcięższych westchnień miało miejsce na polskim po otrzymaniu listy lektur. Tymczasem, wstyd się przyznać, autorka tego bloga z radością i zniecierpliwieniem oczekiwała na nadejście TEJ CHWILI. I chyba nie zdarzyło mi się ominąć ani jednej zalecanej książki podczas mojej uczniowskiej kariery. Bez obaw, nie byłam aż tak pokręcona, żeby z entuzjazmem podchodzić do każdej z nich. Jeszcze teraz krzywię się na myśl o „Nad Niemnem” czy „Odprawie Posłów Greckich”. Ale nie o udrękach chce tu mówić. Wolę poopowiadać o lekturach dających frajdę w czytaniu, które gdyby nie tzw. „obowiązek szkolny” (cóż za straszna fraza!), prawdopodobnie nie zawędrowałyby do mojej biblioteczki nastolatki. Oto
i one:

  1. J. Słowacki „Balladyna”- To przede wszystkim cudowna baśń, z lekką nutą historii kryminalnej. A powiedzenie „cóż to za stworzenie z mgły i galarety” weszło na stałe do mojego słownika domowego.
  2. B. Prus „Lalka”- Co za wspaniały portret Warszawki XIX wieku! Choć poczynania biznesowe Wokulskiego były dla mnie czystą abstrakcją ( do dziś nie rozumiem na czym polega weksel, będący jednym z głównych bohaterów tej powieści), to historia miłosna, wygłupy studentów czy wreszcie opis towarów znajdujących się w sklepie budziły mój niekłamany zachwyt i nostalgię.
  3. R. Rolland ‘Colas Breugnon” – Jak ten wesoły pijaczyna wtoczył się na listę lektur nie mam pojęcia. Ale zrobił to ze swadą i dał mnóstwo radości prawie całej mojej klasie.
  4. A. Camus „Dżuma” – Jedyna sensacja na liście. Obrazowe opisy zarazy nie pozwalały na podjadanie podczas lektury. Za to paznokcie mieliśmy przy niej zgryzione do krwi.
  5. R. Bratny „Kolumbowie. Rocznik 20” –Choć lekturami wojennymi byliśmy naprawdę przekarmieni, to o losach naszych prawie rówieśników czytaliśmy z wypiekami na twarzy.
  6. M. Kuncewiczowa „cudzoziemka” – Moja chyba najukochańsza lektura szkolna. Ach, jaka ta Róża była barwna, nieszczęśliwa i jednocześnie niepokonana! Do dziś pamiętam jej sweter w srebrne skrzydła i mam słabość do ekscentrycznych starszych pań.  
  7. M. Dąbrowska „ Noce i dnie” -  Studium kobiety zawiedzonej. Bardzo dokładne i malownicze. Przy okazji można było się dowiedzieć, jak człowiek sam siebie może unieszczęśliwić, czyli lektura ku przestrodze.

 Na koniec dodać tylko należy, że do dziś poszukuję list lektur obowiązkowych. Stąd słabość do wyzwań czytelniczych, które dostarczają okazji do poczucia miłej udręki nakazu czytelniczego.  

radiopestka | projektdomu | kormotrin | pefioricet | szara-codziennosc | Mailing