Archiwum - grudnia 2008

extra dry 28. grudnia 2008 22:09:00 na marginesie Komentarze (146)
linkologia.pl spis.pl

Po świątecznym ciepełku i słodyczach jeszcze ciągle niewywietrzone.
I dlatego pewnie chodzę wszędzie na piechotę, tak żeby zmarznąć, w kawiarni zamiast ciastka biorę najprawdziwszy-i najkwaśniejszy- sok grejpfrutowy, a wieczorem zabieram się za oglądanie Bergmana („Persona” na TVP Kultura). Po raz kolejny przypominam sobie o Babci na Jabłoni, która po przekarmieniu wnuczka watą cukrową, zabierała go na parówki z ostrą musztardą. Właśnie jestem na etapie parówek, a zwłaszcza musztardy. I dlatego zupełnie mi nie idzie kolejna Grimes, tym razem druga część serii o Emmie. Czytam i coraz bardziej mnie męczy ten budyniowy nastrój pamiętnika objadającej się panienki. Tęsknie patrzę na biografię Bukowskiego, potem na półkę z „Kłamstwami”. Tuż obok biurka czeka Lovercraft, a aromat ma kwaśno-gorzki. Rozglądam, się i rozglądam, i nie mogę zdecydować, czym zagryźć, co najlepiej posłuży za czytelniczy korniszonek?

Old Lang Syne 26. grudnia 2008 20:47:00 Grimes Martha Komentarze (14)
linkologia.pl spis.pl

Angielski pub tkwi zasadniczo na skrzyżowaniu historii, pamięci i romansu. Kto w wyobraźni nie wychylał się z jego drewnianych galeryjek na brukowany dziedziniec, żeby spojrzeć na zatrzymujące się tam powozy, na skłębione oddechy tupiących kopytami koni w ciemnym zimowym powietrzu? Któż nie czytał o tych długich , przysadzistych budynkach z oknami podzielanymi na kwadraty, o zapadniętych nierównych podłogach, o masywnych belkach pod sufitem i ścianach obwieszonych miedzianymi kotłami, o kuchniach, gdzie niegdyś na rożnach obracały się połcie mięsa, a z sufitów zwisały szynki?

M. Grimes „ Pod Huncwotem”

 W takim właśnie otoczeniu spędziłam cześć Świąt. A wszystko przez to, że  potraktowałam książkę jak bezdomnego kota. Pozwoliłam się jej łasić się do mnie już od jakiegoś czasu, niekiedy pochylałam się nad nią, żeby bliżej się przyjrzeć, jaka tak naprawdę jest. Wreszcie zdecydowałam się ja wziąć do domu, żeby tylko trochę się nią nacieszyć, a potem oddać w dobre ręce. Jednak kiedy zawarłam z nią bliższą znajomość, okazało się że lepszych rąk niż moje dla niej nie znajde. I tak została, zupełnie jak pewien Kudłatek, który niedawno pałętał się po moim osiedlu. Pchał się do wszystkich pań, aż w końcu jedna wzięła go „dla koleżanki”. Kot do koleżanki nie dotarł, tylko zadomowił się u życzliwej mu Pani. Tyle, że kota trzeba było zabrać do weterynarza, ja na szczęście książkę zabrałam tylko do łóżka. I w samiutką Wigilię goniłam do empiku, żeby znaleźć jakiś inny prezent. Ale warto było, dzięki temu czytałam ją w najwłaściwszym czasie. Akcja bowiem ma miejsce w dniach od 19 do 26 grudnia, w zapyziałym angielskim miasteczku Long Piddleton, gdzie na pubach zamiast szyldów dyndają.. zwłoki zamordowanych przyjezdnych!  Bez obaw, to nie krwawe jatki zachwyciły mnie w tej książce. Tylko świetnie oddana atmosfera angielskiej prowincji, gdzie panowie nadal noszą tweedowe marynarki, dziewczęta urodą przypominają Jane Eyre, a w niektórych domach można jeszcze ciągle spotkać starego lokaja, sztywno pochylającego się z tacą. Tam trafia inspektor Jury, pracownik Scotland Yardu, który zamiast rozwikłać zagadkę jednego morderstwa, staje się świadkiem licznych zbrodni, zaprzyjaźnia się  z byłym arystokratą i beznadziejnie zakochuje w miejscowej panience.

Czytają tę książkę, miałam wrażenie, ze duch Agaty Chrstie nagle obudził się, jak dybuk zawładnął ciałem pani Grimes i kazał mu stworzyć uroczy kryminał, w najlepszym starym stylu, z angielską herbatką, jajkami na bekonie oraz piekiełkiem tajemnic i grzeszków mieszkańców prowincjonalnego grajdołka. Co prawda, w momencie gdy doszło do rozwiązania zagadki kryminalnej, duch Christie chyba gwałtownie opuścił autorkę i została zdana na wałasne, niezbyt potężne siły pisarskie. Ale nawet i miałką kulminację mogę wybaczyć za przyjemność przebywania w towarzystwie rzeczowego Jurego i lekko zblazowanego, za to cholernie inteligentnego Melrosa Plant’a, który ku rozpaczy swojej ciotki za nic ma swoje lordowskie przywileje. Ta książka idealnie pasowała do świat, nie tylko ze względu na czas w jakim się dzieje, ale i na  atmosferę ciepła starego domostwa. Jak zwykle u Grimes są  tu bardzo sugestywne opisy posiłków, co przy obfitości świątecznego pożywienia staje się dodatkową zachętą do sięgania po takie czy inne smakołyki. Miałam wiec sporą frajdę czytając tę książkę. Pozostawiła mi ona tylko jedną kwestię niewyjaśnioną; czy mianowicie w Anglii żyją skunksy? Czy też coś się naszej Amerykance poplątało? Jeśli nawet, to i tak pewnie niedługo rozglądnę się za „Pod przechytrzonym lisem”. W końcu następny długi weekend wkrótce. 

mowa o:

Życzenia 24. grudnia 2008 15:36:00 Komentarze (3)
linkologia.pl spis.pl

Świeciła gwiazda na niebie
srebrna i staroświecka.
Świeciła wigilijnie,
każdy ją zna od dziecka.

Zwisały z niej z wysoka
długie, błyszczące promienie,
a każdy promień – to było
jedno świąteczne życzenie.

I przyszli – nie magowie
już trochę podstarzali –
lecz wiejscy kolędnicy,
zwyczajni chłopcy mali.

Chwycili w garść promienie,
trzymają z całej siły.
I teraz w tym rzecz cała,
by się życzenia spełniły.
Leopold Staff


 

Życzę, by udało Wam się połapać jak najwięcej tych cudownych promieni Wigilijnej Gwiazdy. Tak, by Jej niosący radość i miłość blask towarzyszył Wam nie tylko na Święta, ale i przez cały Następny Rok.

Kod van Eyck'a 20. grudnia 2008 22:13:00 Komentarze (13)
linkologia.pl spis.pl

 Jan van Eyck " Małżeństwo Arnolfinich"

Mężczyzna na obrazie to Arnolfini, którego nazwisko w wersji francuskiej brzmi Arnoul le Fin, czyli Arnoul Przebiegły. Jest on kupcem, tłumaczem i handlarzem sukien, na co wskazuje jego luźna , mocno pofałdowana i elegancka szata; van Eyck przedstawił go jednak w taki sposób, ze nie można wykluczyć, iż jest to w istocie autoportret artysty.

-Więcej symbolicznych znaczeń kryje zielona suknia kobiety. Spójrzcie na obszyty futrem otwór jej niezwykle szerokiego rękawa, którego łuk zdobią pasemka tkaniny przyciętej w kształt krzyży maltańskich, przypominających czterolistną koniczynę.

„Irlandzka Herbatka” Ciaran Carson

 

Ten obraz przypomina mi czasy, gdy zasmarkanym dzieckiem będąc, siedziałam otulona w kołdrę i schrypłym głosem odmawiałam wypicia kolejnego mleka  z miodem. Kiedy miałam dosyć nawet czytania, była jeszcze jedna rozrywka, która niosła mi pociechę w grypowym rozmamłaniu: oglądanie albumów z malarstwem. Słodkie madonny z tłuściutkimi dzidziusiami łapczywie sięgającymi po kiść winogron, eleganckie damy w bogatych sukniach i lśniącej biżuterii (wśród nich była i Dziewczyna z perłą), dzieci bawiące się z pieskiem, panny służące w biegu rozchlapujące zawartość dzbanów, wszystko to pozwalało na ucieczkę od nudnej rzeczywistości w świat innych barw i wydarzeń. Przyznaję, że wówczas Państwo Arnolifni nie budzili mojego zachwytu. On wymoczkowaty, ona z buzią niebrzydką, ale dlaczego taka gruba? Sukienkę miała fajną, to fakt.

Już sam spis treści tej książki przywołał mi w pamięci tamte czasy. Jak to wspaniale brzmi: zieleń paryska, lapis lazuli, błękit Gallahera! Ale na palecie autora znajdują się nie tylko kolory, jest tu jeszcze listki ziół, światło padające przez szybki gotyckiej budowli, trochę filozofii i kropelka poezji. Dla mnie największym zaskoczeniem była nie tyle poplątana akcja książki, co mój zachwyt. Przecież do przeglądania albumów kazałam sobie włączać te piosenkę:          

Przy kościołku,
Mój aniołku,
Koronka,
Żonka,
Pieczonka.
Przy organku,
Mój B...gdanku,
Szumka
I dumka...
Przy klasztorku,
Mój kaczorku,
Świętość,
Wziętość,
Nadętość.
Przy krzyżyku
Na stoliku
Fakta,
Dwa akta...

(słowa: J. Słowacki, śpiew: W. Warska)

 

 

Tymczasem nagle z wypiekami na twarzy zaczytałam się w żywotach świętych i zaczęłam nawet poszukiwać domowej Złotej Legendy (okazało się ze jest u rodzinnej artystki, malującej portrety świętych na szkle). Widocznie nie tylko tytułowa herbatka wywołuje dziwne reakcje, sam tekst tej książki działanie mocno odurzające. Przy tym jest to stan niezwykle przyjemny z granicy jawy i niewzykłego snu, gdzie Św. Patryk dyskutuje z van Eyckiem, a Conan Doyle spotyka się towarzysko z Oscarem Wilde’em. Wszystkie wątki i postaci mieszają się fantastycznie, przybierają coraz inny kształt, jak opary unoszące się znad filiżanki gorącego wywaru. Mogę śmiało powiedzieć, że była to jedna z najpiękniejszych książek, jakie udało mi się w tym roku przeczytać. Jedyny problem polega na tym, ze po jej skończeniu ciężko znaleźć cos nowego, po prostu prawie każdy inny tytuł wydaje się mdły, płaski i bez polotu.

 Warto:

 

 IRLANDZKA HERBATKA

A jeśli ktoś chciałby posłuchać piosenki której tekst podaje, polecam płytę:

zmieszane zagajenia 15. grudnia 2008 21:52:00 Komentarze (6)
linkologia.pl spis.pl

Daj im nauczkę skarbie,. Pokaż im, co to znaczy być WYKSZTAŁCONYM.

„Wybrane Zagadnienia z Fizyki Katastrof”, str 81

 

Pedanteria to przewlekła i nieuleczalna choroba,  a jej przebieg ma różny stopień nasilenia u różnych osobników.  Powoduje ją wirus zwany pedantitum scrupulatis, który u jednych wywołuje ostry stan chorobowy, podczas gdy u innych aktywizuje się tylko w określonych wanrukach, a w skrajnych przypadkach pozostaje on w uśpieniu przez cały okres aktywności życiowej nosiciela (patrz: Encyklopedia Dolegliwości Zmyślonych; strona 721). U mnie na przykład objawia się on niezwykle rzadko, czego dowodem jest nieustający bałagan na moim biurku, we wnętrzach szaf i torebek. Ba, nawet warstw kurzu nie uważam za przeszkodę w godnym i wygodnym życiu - mój typ tak ma i nic nie jest go w stanie skłonić do zmiany (patrz; Żywoty Pań Niesprzątających, rozdział 17: Peek-a-boo, Buksica Jawnoczytająca). Ale,  jak niemal każdy, jestem nosicielem w/w wirusa i zdarzają mi się jego silne ataki. Główną  przyczyną zwykle jest tekst książki. Po prostu dostaje szczękościsku czytając niechlujnie zredagowany tekst, dłonie zaczynają mi drżeć, gdy otwarty w tekście nawias nie ma sparowanej końcówki zamknięcia. Zgrzytam zębami na niezdarne metafory, nieudolne tłumaczenia, fikuśne zdania, których to fikuśność pada na płask przy próbie złapania sensu.

Niestety przy lekturze tej książki, szkliwo moich siekaczy uległo znacznemu uszkodzeniu, bo kłapałam nimi w oburzeniu nad wyraz często. Jakoś pogodziłam się na wstępie, z tym, że czytam skrzyżowanie pracy licencjackiej (patrz: liczne przypisy i odnośniki) z pamiętnikiem pensjonarki. Natomiast nie mogłam się zgodzić na to, że w książce z ambicjami   jak w cytacie, Bille Holiday jest mężczyzną ( patrz zdanie: Nie włączała już Hannah po obiedzie Billie Holiday No regrets,i nie podśpiewywała nieśmiało i niemelodyjnie razem z nim  : wybrane zagadnienia: strona 377), słowo „machbox” okazuje się wyrazem należącym do słownika języka polskiego ( w żywiole klaszczących fal łódka wyglądała jak matchbox ibidem: strona 248), a najbłyskotliwsi bohaterowie maja problemy z ustaleniem daty  początku II wojny światowej ( przez całą godzinę ich dwie głowy-złota i brązowa-pochylone pod lampą biurkową (SIC!- dopisek mój) jak zmarznięte gołąbki, usiłowały wydedukować w jakim miesiącu Niemcy napadli na Polskę: ibidem strona 125). Tak wiec szybko przestałam wierzyć w erudycję narratorki, a tak samo jak wiedzą, nie imponowała mi swoimi sukcesami towarzyskimi, polegającymi głównie na snuciu się bez celu z grupką bufonowatych małolatów. Najwidoczniej brak w moim życiu doświadczeń z barowych podrywów oraz wspólnych libacji kończących się zbiorowym rzygankiem, ograniczył moje możliwości percepcji do tego stopnia, że nie mogłam w pełni docenić wszystkich walorów tej lektury. Co nie oznacza, że jest ona pozbawiona wszelkich interesujących treści ( o których mowa tu, tu i tu).  Nie, jest to poprawne czytadło, zapchane całym mnóstwem zupełnie niepotrzebnych wtrętów aluzji i pseudoencyklopedycznych danych, które zamieszczenie było najwidoczniej sposobem autorki na wywiązanie się z obowiązku stworzenia powieści liczącej ponad 600 stron. Na pociechę dodam, że przez te strony przeleciałam całkiem sprawnie w ciągu trzech dni i nawet nie żałowałam straconego czasu, a co więcej  przyznaję, że rozwiązanie zagadki prawie-kryminalnej  jest całkiem interesujące. A sama książka? No cóż, na pewno stanowi świetny prezent gwiazdkowy dla rodzinnej nastolaty-kujonicy.

mowa o:

Wybrane zagadnienia z fizyki katastrof (twarda) - Marisha Pessl