Archiwum - lutego 2008

Antyfeminista 28. lutego 2008 22:29:00 Pani Bovary Komentarze (5)
linkologia.pl spis.pl

Uf, puf, przeczytałam, łącznie z kawałkiem wstępu. I chciałabym  wiedzieć, za  co ten Flaubert tak nienawidził kobiet. Opisuje Biedną Bovary jak rasowe zwierzątko, które jednakże nieco się ‘zborsuczyło” . Śliczna jak króliczek, ale sama trawka jakoś do życia jej nie wystarcza. I zamienia się w szaraka bez piątej klepki, który goni licho wie za czym. Emma się nudzi, Emma marudzi, Emma chce więcej niż tylko męża-a to już grzech śmiertelny. Żeby nie było wątpliwości, autor skazuje ją na straszne konanie, a skutki jej lekkomyślności maja daleko idące konsekwencje dla całej rodziny.

 Wkurzała mnie ta książka, i nie raz pomyślałam sobie, że jeśli życie Emmy było choć w połowie tak nudne, jak jego opis, to dziwię się, że tak późno sięgnęła po truciznę.  Było to jednak moje jedyne współodczuwanie z Emmą. Nie podobało mi się ze zamiast kobiety nowoczesnej, która chce sięgnąć tam, gdzie dotychczas żadna z jej współczesnych się nie wazyła,  Flaubert serwuje nam małą histeryczkę. Która może i ma potrzeby wyższe, ale jej naiwność i rozbuchane przez marne romansidła pragnienia, każą jej szukać ich zaspokojenia w sposób mocno trywialny. Flaubert chce najwidoczniej dowieść, że kobieta może wykazać się mądrością jedynie godząc sie ze swym losem i ciesząc się,że dał jej męza. A już większej głupoty niż danie żonie plenipotencji do rozporządzania majątkiem nie można zrobić-wszystkie nieszczęścia Bovarych maja swój początek w podpisaniu przez Karola upoważnienia dla  Emmy. Nic dziwnego, że zamykając książkę poczułam podwójną ulgę-że już wreszcie skończyłam czytać  i że nie żyje w czasach Pani B. 

Mowa o: 

na potem 11. lutego 2008 20:32:00 na marginesie Komentarze (12)
linkologia.pl spis.pl

Gdyby nie zbieżność z popularnym ostatnio filmem, ta notka miałaby tytuł „Pokuta”. Otóż cierpię za grzechy wszystkie, głownie za grzech łakomstwa w książek wybieraniu. Bo nieopatrznie zdecydowałam przeczytać Panią Bovary, stwierdzając, że co mi tam, przecież 270 stron powinno się jakoś przeczytać. Nigdy nie sądziłam, że taka ilość kartek może tak „zanieczyścić” chęć do czytania. Czuję się, jakbym znowu była w szkole i musiała przebrnąć przez takie na przykład Nad Niemnem czy Ludzi Bezdomnych. Ojca Goriot i Antygony też zresztą sympatia nie zdołałam obdarzyć, a moja alergia na Hemingway’a jest trwała i nieuleczalna. Za to pamiętam rozkosz gromadzenia książek, na potem, na czas, kiedy wreszcie będę miała swobodny wybór lektur. Podobnie i tym razem ogarnął mnie apetyt osoby na diecie: zakupiłam 5 nowych książek. W tym dwie Vila-Matas, zachęcona prze Chihiro, oraz Pessoa „Księgę niepokoju”. Już wiem, że tej ostatniej nie przelecę ciurkiem, że raczej jest to czytanie na małe łyczki, tak jak powinno się pić Porto, gęste i wyraziste, pozostawiające zamęt w głowie. Oprócz tego zdecydowałam się wreszcie na Noblistkę i mam oto na półce „Lato przed zmierzchem” Doris Lessing. Tym razem nie powinno być drastycznie (jakoś nie miałam siły czytać o upośledzonym dziecku), ale tez intrygująco, bo rzecz jest o kobiecie, która w środku życia nagle zaczyna robić karierę i wszystko się diametralnie dla niej zmienia.  No i kupiłam jednak na „spiskowców wyobraźni” Taborskiej, to będzie na krótkie łóżkowe poczytania, myślę, ze historie o surrealistach zaowocują barwnymi snami;)   

Oprócz tego mam całkiem ładny stosik biblioteczny. Dwie Margaret Atwood, do której bardzo przekonała mnie ostatnio przeczytana Pani Wyrocznia, dwie toskańskie Frances Mayes, by umilić sobie czas oczekiwania na wiosnę, opowiadania D. Lodge i wspomnienia Dygatówny. Oraz wszędzie zachwalany Ex libris A. Fadiman, który ukradkiem poczytuję w ramach oddechu od atmosfery domostwa Państwa Bovary. A do naszego ostatecznego rozstania zostało jeszcze tylko 78 stron.  Które, jak widać, skrupulatnie odliczam.