Archiwum - kwietnia 2008

Najlepszego 23. kwietnia 2008 23:20:00 na marginesie Komentarze (11)
linkologia.pl spis.pl

Gdyby nie dzień książki, już dawno leżałabym w wannie, a tak poczucie obowiązku  (i miłość do literatury-A co!) zmusza mnie do dokonania wpisu  koniecznie z datą 23 kwietnia. Celebrować za bardzo okazji nie miałam. Zwiedziłam empiki w liczbie dwa, grupując trojki w rożnych konfiguracjach. Kwiatów żadnych nie otrzymałam, informacja o rabacie natomiast była przekazywana cichcem, chyłkiem, tuż przy kasie. Że Dzień Książki jest tez nikt jakoś specjalnie nie ogłaszał. Jednym słowem czułam się prawie jak członek tajnego stowarzyszenia, który posiadł tajemnice skrywaną przed wieloma. Nieliczni zorientowani prowadzili rozpaczliwie rozmowy telefoniczne(trzecia książka za grosz, a ja nie mam pojęcia, co by tu warto przeczytać, kryminał jakiś?), szukali regałów (gdzie tu muzyka?) albo tytułów, a głównym odbiorcą tych wszystkich pytań stawałam się ja. I już prawie zabierałam się za udzielanie pomocy, kiedy przypomniałam sobie, że przecież gdzieś tu jest obsługa. Niestety hasło „W czym mogę pomoc?” jest zdaje się znane tylko w sklepach obuwniczych i niektórych odzieżowych. Tutaj panuje slogan „radźcie sobie sami”.

Jakoś jednak dałam rade i uzbierałam dwie trójki, w skład których weszły:

  • zachwalane wszędzie „Konstelacje” Mitchell’a,
  • Mój pierwszy Auster, czyli „Szaleństwa Brooklinu” –jednym słowem New York, New York.
  • Biografie Charles’a Bukowskiego i Lovercraft’a (odszczepieńcy rulez!),
  • „Kłamstwa Enriue De Heriz”, które, mam nadzieję, okażą się genialne, a nie fatalne
  • i „Damy z Grace Adieu”, które powinny podołać mojemu apetytowi na bajki dla dorosłych

 W ten sposób powstał mi na stole piękny przekładaniec, który jak torcik imieninowy, będę podskubywać tu i tam, oblizując z apetytem palce.

 I Wam, wszyscy ksiażkoczytajacy, podobnych uczt, z okazji tego dnia życzęJ

okruszyny 20. kwietnia 2008 23:05:00 Rymy zycia i śmierci Amos Oz Komentarze (165)
linkologia.pl spis.pl

  Sięgnęłam po tę książkę, ucieszona, że znalazłam wreszcie sposób na  "brakujący kontynent". I gdyby nie wyzwanie, pewnie nie doczytałabym jej do końca. Bo mimo zapowiedzi na obwolucie, że książka stanowi unikalne studium procesu twórczego pisarza, daleka byłam od zachwytu przewracając ostatnią kartkę. Owszem, napisane wszystko jest stylem doprowadzonym do  perfekcji, słowa użyte są celnie i zgrabnie, warsztat autora niewątpliwie  zasługuje na najwyższy podziw. Tylko że.. całość jest pozbawiona fabuły  tak bardzo, że ciężko jest utrzymać zainteresowanie książką. Krążymy z autorem po dusznych zaułkach miasta, gdzie noc i pot mieszają się w ciężką zawiesinę, stanowiącą główną konsystencję powieści. Której jednym z uporczywie powtarzających się motywów jest problem utrzymania moczu. Do tego stopnia, że pod koniec książki zaczęłam się zastawiać, czy autor ma jakąś swoista fobię na tym punkcie, wynikającą, dajmy na  to, z problemów z prostatą. Żółtawa ciecz leje się więc w książce obficie, akcja ledwo ciurka, natomiast poszczególne postacie, które nawet ciężko określić mianem  bohaterów, kapią nieregularnie, a ich losy rozpryskują się nagle i tracą kształt jak wpadające w kałużę krople deszczu.

W rezultacie czytanie przypomina oglądanie pokawałkowanej taśmy filmowej, jeszcze przed montażem filmu, a może nawet przed napisaniem scenariusza. Niektóre obrazy są w stanie wzbudzić nasze zainteresowanie, jednak co z tego, jeśli zaraz urywają się i zaczynamy obserwować zupełnie inną scenę, osobę, historię. Mamy na przykład zapowiedz całkiem niezłego wątku miłosnego,  który na dalszym etapie książki  zostaje jednak „wycięty”, unicestwiony, co w rezultacie sprawia czytelnikowi kolejny zawód.  

 Swoistym kuriozum jest również zastosowanie tej samej metafory  zanurzenia w przypadku osiągania rozkoszy  miłosnych  i pracy krytyka literackiego i. Czyżby autor, lekko ironicznie, chciał postawić tu znak  równości?

 Jeśli chodzi o rozkosze czytelnicze, to było ich znacznie mniej, niż

 można oczekiwać po sławie autora i informacjach reklamowych na temat

 książki. Miałam wrażenie, ze autor miał jakieś mocno wiążące terminy do

 oddanie kolejnej książki do druku i żeby się wywiązać na czas, usiadł i cośtam poklecił.

mowa o:

fobijka 16. kwietnia 2008 22:51:00 na marginesie Komentarze (2)
linkologia.pl spis.pl

Już mam odkładać słuchawkę telefonu, kiedy S. mówi:

-I nie mam co czytać!

Popłoch na chwile pozbawia mnie słów. Jeden z moich najgorszych koszmarów- brak nieprzeczytanej książki w domu plus brak możliwości jej zdobycia. Tak jak niektórych straszy widmo głodu i zawsze zapychają lodówkę do granic możliwości, tak mnie przeraża myśl o braku tekstu do czytania. Zawsze musze mieć coś zachomikowane, najlepiej w dwóch różnych językach i o różnym kolorycie, gabarycie oraz  posmaku. Przy czym coraz bardziej nabieram manier wiewiórki o pięknym ogonie ( tak, tej z "Zimy w Dolinie Muminków"), która bez umiaru gromadziła zapasy, po czym często zapominała, że je w ogóle posiada. To nic, że półki zapchane podwójnymi rzędami. Zawsze może się zdarzyć, że będzie lało przez tydzień, złapie katar, skręcę nogę i wtedy uziemiona, będę mogła zawinąć się w kołderki i zanurzyć w dowolnej ilości książek. Albo pocieszyć zrozpaczoną S., że poszukam czegoś dla niej, matki uwięzionej z małym dzieckiem w domu. I podejdę do półki, głośno czytając jej tytuły, wybierając coś odpowiednio lekkiego i zajmującego: "Jeżynowe wino" J.Harris, "Zamianę" Lodge'a, „Przyjaciela rodziny” L. Jewell, a może „Śniadanie u Tiffany’ego” Capote’a?

Europan 08. kwietnia 2008 22:55:00 Sahib Komentarze (7)
linkologia.pl spis.pl

Nasza misja tutaj polega na tym, by podobnych do Sakiba nauczyć, że warci są tyle, ile wynosi ich pensja, a nie tyle, ile wiedzą i umieją.

 

Misja humanitarna w Bośni. I dosłownie nieludzko zabawna spowiedź dziecięcia Europy, które w niej uczestniczy. Enfant terrible ma około trzydziestu lat, narodowość brytyjską i kochanka w Londynie, do którego mailuje regularnie. Czytelnikowi dane jest zajrzeć do tych listów, a jeśli jest ze wschodniej części Europy, zdziwi się jak bardzo byłe demoludy są do siebie podobne.  I będzie to pierwszy z niezabawnych wniosków, jakie wysnuje przy tej lekturze. Pierwszy, ale nie ostatni. Bo narrator, tytułowy Sahib jest nie tylko bezlitosny w obnażaniu całej nędzy i małostkowości zbiorowiska ludzkiego, w którym mu dane jest przebywać. W jego słowach jak w  krzywym zwierciadle odbija się również cały absurd systemu pomocowego, którym „cywilizowana” część Europy tak chętnie wspiera uboższych braci. Sahib to również portret zadufanego Angolka, który nie może pozbyć się uczucia wyższości godnego obywatela państwa założycielskiego kolonii. I doprawdy nie wiadomo, kogo tu autor bardziej obdarza krytycznym spojrzeniem. Trzeba o tym przekonać się samemu. Książka napisana jest wartko i językowo bardzo sprawnie, więc można naprawdę szybko się z nią uporać. Mnie tylko zamiast uśmiechu na ustach został posmak przygnębienia.

 Za dalsze podsumowanie niech posłuży cytat:

 Rozmawiałem z szefem o pracy dla joannay. Mamy jedno wolne miejsce w public relations. Płaca jest świetna, a doświadczenie Joanny z pubu Ivorego w zupełności wystarczy. Jeżeli Ivory potrzebuje nowej kelnerki, możemy mu stad wysłać jakąś wykształconą kobietę na poziomie. Taka która ma mieszkanie, a nie ma pracy i zgłosiła chęć wyemigrowania. Będzie dla niego pracować jak za dwóch i to za dwa razy mniejsza place. Nasze dwie najlepsze sprzątaczki maja dyplomy akademii pedagogicznej.Dlaczego sprzątają nasze toalety, zamiast pracować w przedszkolach? Dlatego ze liczba przedszkoli spada, a naszych toalet rośnie.

 To doskonały przykład na to, o ile lepszym systemem od socjalizmu jest kapitalizm. Troska społeczeństw w czasach transformacji o kapitalistyczne odchody opłacana jest dwa razy lepiej niż troska o socjalistyczne dziecko.

mowa o i cytaty z:

wybieranki 05. kwietnia 2008 00:47:00 na marginesie Komentarze (4)
linkologia.pl spis.pl

Wiosna! Bardzo na niby, ale jednak. I wzrosło mi zapotrzebowanie na nowalijki, świeże kwiatki, jakieś kiełki przynajmniej nowych myśli i opowieści. A że grządek nie posiadam, zabrałam się za przekopywanie netu i  gazet. Udało mi się coś wypatrzeć i mam już przepis na swoją pierwszą wiosenną kompozycje. Skład mniej więcej następujący:

 

  „Wino Śliwkowe” Angeli Davis-Carter – ma się ukazać już w kwietniu. Podobno opowieść dotyczy zacnej pani profesor, która zaczyna poszukiwać wyjaśnień karteczek załączonych do butelek tego japońskiego wina. Wygląda na to, ze będzie tu wszystko, co lubię: i uniwersytet amerykański, i zderzenie dwóch rożnych kultur, i trochę perypetii miłosnych. Na razie na półkach nie widziałam, a bez oględzin nie kupię. 

„Brudnopis” Siergieja Łuaknienki - to zdaje się pomieszanie matrixu, „straży nocnej” i kafkowskiego zagubienia. Facet wraca do siebie po pracy, ale zamiast drzwi do mieszkania, otwiera przejście do innej rzeczywistości. Robi się pętla za pętlą. Muszę sprawdzić, jak dużo tych supełków zaplątał autor.

 „Kolacja z Anna Kareniną” GloriiGoldreich – mocno „czytadłowata” okładka trochę mnie odstrasza. A ma to być historia klubu czytelniczego pan trzydziestoletnich.Głownie kobiet po lub w trakcie przejść. „Gotowych na wszystko” nie oglądam, ale do dyskusji literackich mam sentyment. Pytanie tylko, na ile faktycznie mają one tu miejsce. Jeśli tak- kupuję.  

 „Martha F.”  Nicolle Rosen- To już chyba nie nowość, ale ja się o tej książce dowiedziałam całkiem niedawno. Joanna Szczepkowska opowiadała o niej w „Czytelni”na TVP Kultura z wielkim entuzjazmem. Podobno to historia życia żony wielkiego Freuda. Oczywiście zmyślona, ale, jak wiadomo, czasem fikcja jest prawdziwsza od prawdy;) 

„Najgorsze basnie braci Grim” Luis Sepulveda, mario Aparain Delgo  - Ma to być o argentyńskim wcieleniu braci Grimm. Podobno okraszone humorem i satyrą na wielkich naszej kultury masowej. I lekko makabryczne. Muszę przynajmniej przejżejrzeć.  

„Nowy York, życie w wielkim mieście” Willa Eisner- jak nietrudno się domyśleć, to portret Nowego Jorku;). I to dosłownie, jako że jest to ..komiks. W przypadku kolejnego wyzwania czytelniczego o miastach, może się okazać bardzo pomocny.   

„Irlandzka herbatka” Ciarana Carson- zdaje się, ze jest tak zamotana, ze ciężko opowiedzieć  chociażby główny wątek. Daje mocny odlot.  A że znam tylko kawę, po irlandzku, chętnie pokosztowałabym tego specjału.  

 „Pan Norris się przesiada” Christopera Isherwood- „Kabaret” z niezapomniana Lizą do dziś jest moim ulubionym filmem. Dlatego chętnie znowu zanurzyłabym się w atmosferze tamtych lat. Zdaje się ze ta lektura to umożliwi.   

Żadnej z tych książek nie miałam jeszcze w ręce. Możliwe, że są wśród nich knoty. Dlatego jeśli ktokolwiek zna, ktokolwiek widział, czytał, przeglądał, proszony jest o szczegółowe informacje.