Archiwum - maja 2008

bagażowe 29. maja 2008 22:50:00 na marginesie Komentarze (6)
linkologia.pl spis.pl

No i po wakacjach został mi tylko zapach słońca na ręczniku plażowym. Który zresztą od czasu do czasu wdycham, wtykając nos w materiał. Niestety niedługo wyląduje w pralce i definitywnie skończy się wywąchiwanie wspomnień. A jest ich sporo i to całkiem dobrych, jednak zgodnie z założeniem mojego „blogaska” ograniczę się do tych czytelniczych.

Jak zwykle długo zastanawiałam się co wrzucić do walizki, wybór książki na wyjazd jest często ważniejszy niż skompletowanie odpowiedniej garderoby. W końcu ciuchy nosze tylko na sobie, a czytaną książkę w sobie. I nie chce żeby mnie uwierały źle dobrane słowa, przegrzewały lub mroziły nieodpowiednie historie. Strój i książka na wakacje mają  być lekkie, ale nie kiczowate, trochę fikuśne, kolorowe i zapewniające komfort kroków i myśli. Już mi się kiedyś zdarzyło zepsuć parę dni wypoczynku książką tak chmurną, że zaciemniła mi wszelkie inne wrażenia i spowiła cały pobyt zimną mgiełką depresji.

Dlatego prze pakowaniem jak głupia biegam po księgarniach (książek pożyczanych nigdy w podróż nie biorę, bo nie darowałabym sobie ich zagubienia), ustawiam kupki, podczytuje recenzje i akapity. Do tej pory nie wyrobiłam sobie właściwie klucza do idealnego wyboru, jedynie intuicję trochę. Musze przyznać ze tym razem wyszło nieźle, choć na ideał nie trafiłam. Z ciekawością tez podglądałam okładki innych bywalców leżaków, zadając sobie pytanie jak im się odpoczywa z czytaniem tego, co trzymają w ręce. A o tym, jakie lektury przeszły przez moje ręce-i umysł- w ciągu tych paru tygodni  już wkrótce.  

Przedtem jednak może zdradzicie wasze sposoby na wybór książek na wakacje?   

Anons 05. maja 2008 23:34:00 na marginesie Komentarze (6)
linkologia.pl spis.pl

ogłaszam

WIELKA MAJÓWKĘ.

Potrwa jakieś trzy tygodnie.  Do koszyczka obok bułeczek maślanych i soku z malin,
pakuję kilka książek, więc z góry zapowiadam intensywną sprawozdawczość czytelnicza.

A teraz:

 nie mówcie mi Adieu, tylko Bon Voyage J

Mniam 01. maja 2008 22:59:00 Margaret Atwood Komentarze (2)
linkologia.pl spis.pl

Nie, nie będę opisywać skandali chińskiej małolaty. Ten cukiereczek jest  znacznie starszy, ale bardziej smakowity. To kolejny wyrób mojej  ostatnio ulubionej Margaret Atwood. Jest jednym z jej pierwszych  specjałów, stworzonym w czasach, gdy świat młodych kobiet dzielił się na  mężatki i tęskniące do zaobrączkowania panny. Po środku był tylko płacz,  zgrzytanie zębów, marna praca i nieustanne wysiłki zdobycia "kogoś na  stałe". Słowo „singiel”, jeśli w ogóle istniało, kojarzyło się źle, wręcz katastrofalnie. Tymczasem bohaterka, Marian, jest kobieta stanu wolnego, dzieli mieszkanie  z oryginalną koleżanką i zajmuje się praca polegającą na ankietowaniu  użytkowników przeróżnych produktów. Znienacka  przyjmuje  oświadczyny swojego chłopaka, dobrze zapowiadającego się prawnika i w  ten sposób awansuje do wyższej grupy społecznej: panien oczekujących  ślubu. Ale ten awans zamiast uczucia szczęścia przynosi jej dziwne  dolegliwości, które mogą doprowadzić do całkowitego wyniszczenia  jej organizmu. Bowiem wyobraźnia co rusz płata jej figle i  podsuwa obrazy, przez które rezygnuje ze spożywania coraz większej ilości potraw.( Tak przy okazji- to świetna książka dla osób na diecie,  postępująca fobia głównej bohaterki jest opisana w sposób na tyle  sugestywny, że czytelnik sam traci ochotę na jedzenie)

Książka zauroczyła mnie z wielu powodów. Po Pierwsze, Marian przypominała mi Esther Greenwood ze "Szklanego klosza". Czasem miałam wręcz wrażenie, ze czytam dalszy ciąg losów starszej nieco Esther, który przeżywa kolejny kryzys osobowości. Po drugie jest tu urocza aluzja do Alicji w Kranie Czarów. W pewnym momencie nasza bohaterka trafia do dziwnego mieszkania w którym spotyka osobliwego  chłopca. Ten jak Biały  Królik z bajki Carroll’a oprowadza ją po swojej rzeczywistości i poniekąd pomaga wyjść  z labiryntu absurdów w którym się zagubiła. Jedną z najlepszych scen w książce stanowi opis kolacji ze znajomymi, której atmosfera od początku przypomina łudząco podwieczorek ze zwariowanym kapelusznikem, a monolog jednego z biesiadników bezpośrednio odnosi się do tej książki.

Jak Esther, czy jak Alicja, Marian nie umie odpowiedzieć na pytanie „kim jesteś?”. Do   tego stopnia, że z narracji w pierwszej sobie przechodzi w osobę trzecią, a w  końcowych etapach książki nie potrafi nawet rozpoznać własnego odbicia w lustrze. Paradoksalnie, właśnie tę nieznaną osobę w którą się przemieniła, jest gotów w pełni zaakceptować jej przyszły mąż.  Czy Marian się z tym pogodzi?

Zakończenie jest  zaskakujące, ale też satysfakcjonujące. I nie byłabym sobą, gdybym nie zwróciła uwagi na feministyczny wydźwięk książki. Mamy w niej i  wyśmienity portret ówczesnej firmy, w której tak zwany "szklany sufit" ma  grubość i trwałość przęseł mostu Golden Gate, i obraz społecznych oczekiwań, którym kobiety musiały, a właściwie muszą sprostać do dziś. Oczekiwań, na szczęście, poddanych przez Atwood dyskusji, a może nawet i krytyce.

Mowa o:

 

radiopestka | projektdomu | kormotrin | pefioricet | szara-codziennosc | Mailing