Archiwum - czerwca 2008

jak znowu kupiłam 28. czerwca 2008 23:55:00 na marginesie Komentarze (5)
linkologia.pl spis.pl

Kolejna pokusa nieprzezwyciężona. Trudno, nie mogłam się powstrzymać. Czytałam o tej książce wcześniej, ale nie do końca ufałam opiniom. Zgodnie z zasadą, że to, co dla jednego mięskiem dla drugiego może okazać trutką, postanowiłam nie kupować w ciemno. Tymczasem panie w księgarni, które tydzień temu o książce nie słyszały, właśnie teraz ustawiły ją chytrze na widoku. Oczywiście musiałam zerknąć. Okładka niepozorna, co ostatnio nawet mnie cieszy, bo w końcu, gdzie jak gdzie, ale w książce piękno powinno leżeć we wnętrzu, czyli tekście. Otworzyłam i stało się. Bo jak mogłam jej nie kupić, skoro w środku natrafiłam na następujące zdanie: „koniec książki, to koniec świata, taka jest prawda”. Dlatego nie patrzyłam już dalej, na spis treści. Tylko podeszłam do kasy.

Zapłaciłam za:

gorzej z wisienkami 26. czerwca 2008 22:09:00 Niedzielny Klub Filozoficzny Komentarze (0)
linkologia.pl spis.pl

Fusion to słówko, które zrobiło karierę w dziedzinie sztuki kulinarnej. Mieszanie stylów i smaków brzmi odkrywczo. z realizacja bywa różnie. klasycznym przykładem może być „pizza hawajska", która na grzebiecie obok szynki ma ananasa. Osobiście tego rarytasu nie polecam. Jednak widać są amatorzy, skoro każda szanująca sie pizzeria posiada

ją w menu. Skrajny przypadek zastosowania trendu fusion widziałam ostatnio w TV, w  pogramie o stosowaniu znajomości tajników chemii w przygotowywaniu potraw. Jedną z atrakcji pichconych w ten sposób były...lizaki o smaku oliwek podawane do wytrawnego martini. Pomysł oryginalny, ale nie wie wiem, czy smakowity. Nie wiem tez czy zastosowanie zasady fusion przy tworzeniu literatury przeszło z kuchni i czy w ogóle warto ja było z stamtąd wynosić.

Do takich refleksji nakłoniła mnie lektura „ Niedzielnego Klubu Filozoficznego”. Czego tu nie ma: i trochę kryminału, i wątek miłosny i rozprawki filozoficzne. Szynka obok ananasa to za mało, tu jest jeszcze i krem i wisienka i śledzik. Wszystko powrzucane chaotycznie i niezbyt spójne. Ton całości bardzo, oficjalny, widać potrawa pretenduje do miana wykwintnej. Tymczasem dla mnie było to nie tyle ciężkostrawne, co raczej pozbawione smaku. Czasem tylko trochę osładzało mi konsumpcję  podejrzenie, że autor ze swojej bohaterki lekko się naigrywa. Bo jak tu inaczej zrozumieć, że 45 letnia samotna kobieta, świetnie sytuowana, niepracująca, nie ma na nic czasu? Zresztą tryb życia Izabel to chyba jeden z milszych wątków w tej powieści. Niejednokrotnie żółkłam z zazdrości, czytając jak Izabel przemieszcza się z wystawy sztuki na koncert, umawia się na lunch ze znajomymi, czasem sobie robi sama herbatę. Nie miałabym nic przeciwko temu, aby w wieku Izabel prowadzić taki tryb życia: trochę intelektualnej pracy, piękny dom, dostatnie życie, codziennie przychodząca gosposia, która robi w domu wszystko. Brzmi to super wygodnie, jednak temat literacki z tego marny. Ale i tak najwięcej przyjemności sprawiło mi czytanie o tym, jak Izabel dzielnie zdołała rano przygotować sobie jajko, lub zastanawiała się nad przystąpieniem do Orkiestry Prawdziwie Straszliwej ( której największym atutem były braki w talentach i nadmiar dobrych chęci). Natomiast zwiodła mnie zapowiedz na okładce, sugerująca, że mam  w ręce kryminał. Po odłożeniu na półkę, stwierdziłam, że absolutnie nie należy tej książki czytać jak historii detektywistycznej. Bo jedyne, co czytelnika wtedy czeka, to ostry zawód.

Lepiej jest skoncentrować się na warstwie obyczajowej. Warto też dać się zaprowadzić w sztywno wytyczone ścieżki rozprawek etycznych. Bo wtedy tylko zakończenie tej książki będzie miało sens. 

Mowa o:

bez zanurzenia 17. czerwca 2008 20:47:00 Margaret Atwood Komentarze (8)
linkologia.pl spis.pl

W tej książce niesamowita jest tylko okładka. Reszta to portret rodzinny, przez lata, miesiące, wzloty i upadki. Oczywiście odmalowany z kunsztem słowa tak charakterystycznym dla Atwood. Pierwszy rozdział, a zwłaszcza drugi, opowiadający o oczekiwaniu przyjścia na świat siostry, przełknęłam gładko. Potem małe preludium o życiu panny samotnej. A następnie zaczęły się schody. Życie na farmie, małżeństwo, dzieci, hodowla koni, krów, własne przetwory, o rety! Czy to naprawdę ta sama Atwood, której bohaterki fingowały własną śmierć, udawały całe życie kogo innego, uciekały przed stabilizacją jak przed wyrokiem długoletniej odsiadki?

Jestem dzieckiem miasta, beton to dla mnie środowisko naturalne, jedyne miejsce, gdzie nosem wodzę za zapachem to Sephora lub inny Douglas. Tymczasem każą mi się zachwycać farmą, owcami, wymiataniem pajęczyn z kątów, kopaniem ziemi. Może i jest w tym powrót do korzeni, prawdziwego życia, tylko, co jest prawdziwego w łupaniu w krzyżach od łopaty i zarzynaniu kur? Sorry, Pani M. Tutaj mnie Pani nie przekona.

Jest to wiec notatka czytelniczki zawiedzionej. Z trudem łapiącej urywki zachwytów, jakie dają opisy siostrzanych relacji czy kotów wypatrujących zebrań dusz zmarłych. Reszta to nie moja bajka, cudze historyjki, publikowane tu i tam, potem zebrane. Widać, że autorka podpisała z wydawnictwem umowę na kolejna książkę i musiała się wywiązać. Cóż, udało się jej z trudem, mnie również, bo jak obiecałam tak i przeczytałam, choć bez oczekiwanej dozy przyjemności.

Mowa o:

A.A. 15. czerwca 2008 22:43:00 na marginesie Komentarze (9)
linkologia.pl spis.pl

 

Wbrew pozorom nie będzie o nałogach. Tylko o awansach. I to nie byle jakich. Otóż niedawno awansowałam Anioła. Z Kuchennego stał się Aniołem Bukinistycznym. Zamiast półki z MDF otrzymał siedzisko litego drewna, a sąsiedztwo makaronu i herbaty zamienił na towarzystwo Marii Janion i Joyce’a. Musiał być w szoku, bo siedział przez długi czas spokojnie. Ale wydaje mi się, ż e od pewnego czasu rozwinął skrzydła i zabrał się za swoją nowa działkę z dużą dawką energii.

Całkiem niedawno w księgarniach zaroiło się od najnowszego zbioru opowiadań mojego ukochanego Woodiego Allena. Pokazała się najnowsza książka Joanne Harris. Znienacka w empiku natrafiłam na dawno poszukiwaną Dorothy Parker. Jakimś cudem znalazłam cały rząd zapełniony, „The Golden Notebook”. Kiedyś wspomniałam, że to jedyna książka Lessing, którą miałabym ochotę przeczytać. A dzisiaj czekała na mnie zachwalana wszem i wobec nowość Handlera „Natychmiast, mocno, naprawdę”. Nie wiem, co będzie dalej. kilka dni temu zauważyłam na czole Mojego Skrzydlatego ślady obtłuczeń. Zastawiam się, czy przypadkiem nie upadł. I ten dziwny zapach? To chyba nie siarka, a farba drukarska? 

 

Mowa o:

Anioł (Gips i pewnie coś jeszcze), półka lite drewno sosnowe bejcowane

Summer time 09. czerwca 2008 22:38:00 Dina Rubina Komentarze (4)
linkologia.pl spis.pl

 

No to do dzieła! Czas wreszcie zacząć opis lektur podpalmowych. Pierwsza pójdzie do obróbki książka, przy której czytaniu upał był jak najbardziej pożądanym towarzyszem. Poza tym bardzo chciało mi się przy niej arbuza. Może ze względu na egzotykę opisywanych miejsc, może przez słodkie i barwne wspomnienia , które ja wypełniają, może przez opis krwawych losów większości bohaterów. Chociaż głównym bohaterem jest tu właściwie miasto-powojenny Taszkient. Nie da się zaprzeczyć, ze pełni rolę o wiele ważniejszą niż zwykłe miejsce akcji. Mamy oczywiście kilka głównych postaci, ale są one tak silnie związane z miastem, że wręcz z nim tożsame. Podobnie jak ono są nieprzewidywalne, okrutne, pełne życia. Niestety nie tylko miejsce ale i czasy-epoka stalinowska – gra istotną rolę w ich życiu.

Sama książka zaczyna się od cytatu śpiewanego w szkole   hymnu pochwalnego na cześć Lenina, dalej każdy z losów opisanych w książce jest mocno i boleśnie pokręcony. Nie jest to jednak książka tylko o cierpieniu, to przede wszystkim próba odmalowani portretu miejsca, próba czyniona na wiele sposobów: przez cytowanie wspomnień jego byłych mieszkańców, przez opis refleksji autorki i najbardziej dosłownie, przez opis obrazów Wiery, malarki urodzonej i wychowanej w Taszkiencie. Lekko porwana akcja, wielowątkowość, dodają całości wrażenie ruchu, rozedrgania. Autorka prowadzi czytelnika przez Taszkient drogami nieco szalonymi, niebezpiecznymi, tuz przy krawędzi sentymentalizmu. Niestety, już przy samym końca noga, a właściwie pióro nieco jej się omskło i mocno tym sentymentalizmem chlapnęło. Co nie oznacza, ze książki czytać nie warto. Nie sposób bowiem zaprzeczyć, że  stanowi doskonała lekturę na ciepłe, wakacyjne dni. 

 

Mowa o: