Archiwum - lipca 2008

dawno, daleko 21. lipca 2008 21:48:00 Grimes Martha Komentarze (16)
linkologia.pl spis.pl

Kiedy moja znajoma zaczęła czytać te książkę, w połowie ziewnęła, skrzywiła się i zajrzała na koniec „żeby sprawdzić, kto zabił”. Nie mogła zrozumieć mojego zauroczenia. A to dlatego, że nie wynikało ono z fascynacji zawiłą intrygą. Bo taka w tej książce nie istnieje. Natomiast zachwycić tu może rzecz inna - pięknie odmalowany obraz prowincji amerykańskiej. Prowincji, której miałam okazję posmakować parę lat temu, przebywając w jednej z najbardziej zapadłych dziur midwestu. Poznałam uroki mikrospołeczności, gdzie każdy zajmuje miejsce, mające swój odpowiednik w szerszym świecie. Pamiętam, że był tam nawet lokalny Papa Hemingway i Che Guevara ;-). W miasteczku unosił się słodki zapach prażonej kukurydzy i popołudniowej drzemki. Każdy do każdego zagadywał, a na brak znajomych można było narzekać tylko przez pierwsze dwa tygodnie pobytu. 

I w takiej właśnie mniej więcej atmosferze rozgrywa się akcja tej powieści. A jej czas to lata pięćdziesiąte, moim zdaniem, era, w której Ameryce jest wyjątkowo do twarzy. Bohaterka książki, rezolutna dwunastolatka, przy okazji relacji z przebiegu jej prywatnego śledztwa w sprawie śmierci jej równolatki, daje szczegółowy opis swojego otoczenia. W trakcie czytania mogłam dokładnie dowiedzieć się, co Emma jadła i widziała. Nawet jeśli z wątkiem kryminalnym miało to niewiele wspólnego, wielką frajdę sprawiało mi czytanie o jej ulubionych smakołykach (kotlety w sosie jabłkowo-cebulowym, czy roladki z szynką), znajomych (moją idolką została wredna babcia Emmy, sącząca bezustannie drinki) i lokali (cafe „Tęcza” i jej mleczne koktajle). Są te opisy niezwykłe plastyczne i  pozwalają doskonale odtworzyć w wyobraźni całą otoczkę opisanych w książce wydarzeń. Jakby tego było mało, ktoś wpadł na pomysł, żeby na okładce umieścić reprodukcję obrazu Hoppera, malarza, jak żaden inny pasującego do takiego miejsca i czasu. Bo sceny tej powieści sa jakby wyjęte z jego płócien i często przyłapywałam się na tym, że czytam „przez Hoppera”, i w trakcie śledzenia tekstu wyskakiwał mi zaraz w wyobraźni obraz kolejnego z jego dzieł. Dlatego polecam czytanie tej książki:

z "pomocnikiem":

taka sobie 16. lipca 2008 22:08:00 Nothomb Amelie Rtęć i inne Komentarze (1)
linkologia.pl spis.pl

Kiedy sięgnęłam po te książkę, nie miałam czasu tak bardzo, że zaczęłam ją czytać przy suszeniu głowy. Owinięta w szlafrok i prywatny monsun pary i ciepła, zapuściłam się razem z Amelie we wspomnienia z pobytu z Japonii. Dookoła kiwali i uśmiechali się tubylcy, para zwariowanych staruszków chichotała głupawo, a autorka robiła się coraz większa i większa, aż przerosła górę Fuji. Po której zresztą wspinała się zapamiętale przyjmując postać Zaratustry.  Amelie co prawda od czasu do czasu przygarbiała nieco plecy, zwłaszcza pod wpływem krytycznych uwag matki japońskiego bojfrienda czy też po oględzinach garderoby rówieśniczek. Ale zawsze na krótko. Co takiego jeszcze robiła w Japonii? Ano pozwoliła się wielbić jednemu z bogatszych tubylców , obżerała się lokalnymi frykasami i czyniła spostrzeżenia, nie będące nowinkami dla czytelnika, który wieści o tym dalekim kraju śledził już przez czas jakiś. Dlatego o Japonii dowiedziałam się z tej książki już nie wiele, natomiast o Nothomb tyle, że jest najważniejszym samurajem Europy. To nic, że  drugiego samuraja zrobiła w konia, zwiewając po paru latach opływania w dobrobyt i inne przyjemności za jego przyczyną. Pobawiła się małym , poważnym chłopcem, a on w obliczu wspaniałości jej osoby nawet nieśmiał się obrazić. Bo Amelie Nothomb wielką pisarką jest. Czego dobitnie dowodzi opisując na końcu etapy swojej kariery. Ja natomiast na końcu dodam, że tłumacz tej książki wielkim, niestety nie był. Wpadki były tak duże, że mimo sporej dekoncentracji przez szum suszarki nie mogłam ich nie zauważyć. Przykładów niestety nie jestem wstanie przytoczyć, bo książkę już puściłam w obieg.

Mowa o:

pociągi 11. lipca 2008 22:42:00 Isherwood Christopher Komentarze (8)
linkologia.pl spis.pl

Pana Norris'a poznajemy, kiedy nieudolnie gramoli się do pociągu na trasie międzynarodowej. Wyraźnie zdenerwowany, starszy pan budzi zainteresowanie i sympatię współtowarzysza podróży, którym jest narrator książki. Będzie on przyglądał się panu Norrisowi z ciekawością przez dłuższy czas, tak jak pasażer przygląda się krajobrazom mijanym po drodze. W pewnym momencie pasażer wysiada do tej, dotychczas

 oddzielonej oknem, rzeczywistości. Tak samo autor powieści w pewnej chwili z widza stanie się uczestnikiem życia pana Norrisa, z wszelkimi tego kroku konsekwencjami.

 Ta książka to mniej historia, a bardziej studium postaci, człowieka zagadkowego, o którym ciężko powiedzieć, czy jest drobnym oszustem, wytrawnym uwodzicielem, czy zwykłym bon vivantem. Jedno jest pewne- nie jest postacią nudną, a jego barwność świetnie oddaje wartka narracja i giętkość słów powieści.

 Oprócz portretu osoby mamy tu także portret miasta, Berlina okresu międzywojennego, w czasie, gdy kiełkował w nim faszyzm i powoli zmieniał swoje oblicze sympatycznego hulaki w ponurego brutala. Można by się nawet pokusić o znalezienie pewnej paraleli pomiędzy zmianami, jakie zachodzą w charakterze miasta i tytułowego bohatera. Obydwie

 postacie "brzydną" w miarę czytania, a spod eleganckiego płaszczyka tajemniczości zaczynają być coraz częściej widoczne znamiona patologii. Osoby takie jak pan Norris niewątpliwie spotka w życiu każdy z nas. Sztuka polega na tym, by umieć się nimi zachwycić bez angażowania, by nie przekroczyć cienkiej linii, która dzieli fascynację od ogłupienia. Jak doszukać się tej granicy? O to zapytajcie autora tej książki:

 

Pan Norris się przesiada

pstrokato 08. lipca 2008 21:39:00 Daniel Handler naprawdę Komentarze (9)
linkologia.pl spis.pl

„Czym jest właściwie polanka? To takie miejsce w lesie, gdzie nie rosną drzewa ani krzaki-albo gdzie drzewa i krzaki wprawdzie kiedyś rosły, ale gdzie nic już więcej nie wyrośnie.”

Daniel Handler "Natychmiast, mocno, naprawdę"

 

Zgadza się, takie właśnie rzeczy czytałam, czytałam, czytałam, a po tekście przewrotnie jak sroki skakały takie rewelacje, rewelacje, rewelacje. Czy nie denerwuje ach, denerwuje was takie powtarzanie wyrazów? Bo mnie wkurzało systematycznie, systematycznie, systematycznie, przez cała lekturę. Nie tylko to zresztą. Bo tak zachwalana w „Dzienniku” książka zapowiedzianych szumnie rozkoszy czytelniczych raczej nie dostarcza. To przypadkowy zbiór na wpół rozpoczętych historyjek, napisanych może i ze swadą, ale bez jakiejkolwiek głębszej myśli. Od pierwszych słów wiadomo, że chodzi o miłość we wszystkich możliwych konfiguracjach i wersjach. Okazuje się ta miłość zjawiskiem tyleż powszechnym, co powierzchownym. Wiadomo, że wszyscy spragnieni jej jesteśmy i łapiemy każdy łyk, jak  ranny wędrowiec krople wody z dna butelki. Który podrywa niejaką Edi, ale nie wiemy czy skutecznie , bo opowiadanie kończy się, kiedy on kładzie jej rękę na kolanie. Nie martwmy się jednak, bo zaraz zacznie kręcić z niejaką Alison. Która zresztą będzie miała problem, bo wybierze się w podróż statkiem bez męża, za to w ciąży. I zobaczy w TV jak San Francisco, gdzie został jej towarzysz  życia, rozpada się podczas erupcji wulkanu. Ale katastrofa niektórych oszczędzi, dzięki czemu Joe zakocha się w damie, która prowadzi taksówkę. I tak dalej. Po pewnym czasie zaczęłam rozumieć, dlaczego motywem przewodnim tej książki są sroki, co do których „używa się takich określeń jak atrakcyjne, arcysprytne i agresywne”. Autorowi jak widać do tego stopnia zaimponowały te ptaki, że postanowił je naśladować przy konstruowaniu swojej powieści. W związku z czym, wzorem srok, nazbierał świecidełek w bezładny kopczyk, nie biorąc pod uwagę, że użył nie brylantów, ale resztek potłuczonych historii i lśniących papierków, które jeszcze pachną cukierkami apetycznych opowiadań. Rezultat nie jest, niestety, w żadnej mierze olśniewający.

 Tak zwany bzdet, czyli:

Zdjęcie produktu: Natychmiast, mocno, naprawdę

dawno temu w Australii 06. lipca 2008 22:41:00 Piknik pod Wiszacą Skałą Komentarze (35)
linkologia.pl spis.pl

Żałuję, ze nie sięgnęłam po tę książkę podlotkiem będąc. To piękna powieść dla panien, w której urocze pensjonarki świergoczą radośnie przy poprawianiu falban białych sukien i nakładaniu kapeluszy. Pierwsze strony powieści bowiem przenoszą czytelnika do atmosfery jakby zaczerpniętej z „Małej księżniczki”, z posagową przełożoną i trzpiotliwymi dziewczętami. Jednak im bliżej jądra historii, które stanowi tytułowy piknik, atmosfera robi się bardziej senna, marzycielska, tajemnicza. Czytelnik wręcz czuje rozleniwienie letniego popołudnia spędzanego na pachnącej łące. Sielanka przeradza się dramat nieśpiesznie, prawie niepostrzeżenie, tak jak cieżko jest dostrzec ruch cieni sunących za słońcem.

Jest doskonale oddana uroda przyrody, nieznanego lądu, jakim jest Australia. Lądu o którym marzę, odkąd udało mi się zobaczyć niesamowity film będący ekranizacją tej książki. Przy czytaniu byłam zdumiona, jak bardzo film oddawał amtsoferę książki, jak cudownie Peter Wier oddał zarówno urok jak i smutek tej powieści.

Do końca książki nie dowiadujemy się co przydarzyło się trzem dziewczętom wspinającym się w letnie popołudnie na Wiszącą Skałę. Podobno autorka w wersji pierwotnej zamieściła rozdział wyjaśniający, ale za radą wydawcy usunęła go z wersji ostatecznej. I chyba była to decyzja słuszna, bo dzięki temu silniej do czytelnika przemawiają poboczne wątki powieści, czy symbolizm wiszącej jak fatum skały.

Natomiast dla kogoś, kto łaknie jednak rozwiązania zagadki, dobrą nowiną będzie informacja, że w dwadzieścia lat później opublikowano brakujący rozdział wyjaśniający, pod tytułem „The Secret of the Hanging Rock”.

Z wyjaśnieniem czy bez, książka ta stanowi idealną lekturę na upalne popołudnie.

mowa o:

 

 

Piknik pod Wiszącą Skałą

trismegistos | maddin | bzqnawca | elaine | bad-girl | Mailing