Archiwum - sierpnia 2008

jabłuszko 20. sierpnia 2008 22:35:00 Auster Paul Komentarze (17)
linkologia.pl spis.pl

Nowy York udało mi się zobaczyć dwukrotnie,. Zawsze jednak była to pora roku inna, niż ta z filmów Woodego Allena, gdy przymglone słońce schyłku lata nadaje łagodności konturom kamienic i twarzom przechodniów. Pech chciał ze trafiałam tam w czasie, gdy wzdłuż ulic hulały lodowate przeciągi, a niebo szczelnie pokrywały chmury. Trzeba było ratować się gorącą czekoladą i częstym wpadaniem do sklepów. Nie był to Nowy York w wersji, która mogłaby się spodobać najbardziej.

Tymczasem Pan Auster zafundował mi wycieczkę do NYC w czasie znacznie przyjemniejszym i w towarzystwie niezwykłych przewodników. I to za jedne 39 złotych!

Choć właściwie przez prawie cały czas czytania przebywałam  w jednej dzielnicy. I dużo tam nie wdziałam. Ot kilka kawiarenek, niezbyt eleganckich mieszkań i zasobny antykwariat. Zaczęłam jednak rozglądać się uważniej, pociągać za te i inne zdania, rozchylać akapity w poszukiwaniu ukrytych prawd i znaczeń. I tak przyszło mi do głowy, że choć Nowy Jork ukazuje się ta rzadko, to jednak każda strona jest przesiąknięta jego atmosferą. Powiem więcej, poczułam, że jest tam obecny jego duch. W końcu jeśli można spotkać Ducha świat Bożego Narodzenia, to dlaczego miałoby być dziwne spotkanie ducha miast w którym każdy dzień jest jak święto? Tak wiec, gdy przyjrzałam się bliżej narratorowi książki, wujowi Nathowi, coraz bardziej jego postać pokrywała się z zarysem miasta. Nat zwalczył raka, Nowy Jork skutecznie poradził sobie z tocząca go plagą przestępczości. Nat jest  pełen tolerancji i życzliwości dla innych, Nowy Jork to miasto gdzie każdy znajdzie miejsce dla siebie i będzie się dobrze czuł. Wreszcie Nat przeżywa wstrząs który początkowo bierze za pierwsze objawy śmierci tuż przed dniem, gdy  NYC przeżywa najboleśniejszy dzień swego istnienia:11 września.

Bo jest to też trochę książka pisana „Ku pokrzepieniu serc”. Powstała w latach 2003-2004, miała przypomnieć, a może i uzmysłowić czytelnikom jaki jest NYC i jego ludzie. Na początku są rozważania o „Waldenie” i poszukiwaniu idealnego miejsca na ziemi, ucieczki do własnego świata, do hotelu Egzystencja, gdzie każdy żyje jak chce i czuje się w pełni swobodny. Jednak gdy pojawia się możliwość realizacji marzenia, bohaterowie książki decydują się zostać w mieście. Bo okazuje się, że najlepszym miejscem jest to obok ukochanej osoby. A NYC dostarcza tej możliwości, pozwala na spotkanie ludzi, którzy będą się nawzajem nie tylko tolerować ale i wspierać.

Książkę polecam na powakacyjne smutki. Jest w niej tyle ciepła, wibrujących historii o nieudacznikach, szwindlach i pisarzach, że polepszenie nastroju przy jej czytaniu jest niemal pewne. A jeśli jeszcze włączymy podkład muzyczny z tradycyjnego jazzu, czy chociażby Diany Krall, mamy zagwarantowany długi (ale bezpieczny) lot w kierunku pogodnego nowojorskiego lata.

Mowa o:

podobny 13. sierpnia 2008 21:06:00 książka na bok i do kina Komentarze (7)
linkologia.pl spis.pl

 2 dni w Paryżu / Deux jours a Paris

 

Najlepszy na pierwsze przeczucia jesieni jest Woody Allen. Co zrobić, gdy w kinach go brak? Jako dziecko wychowana na erzacu, mogę poradzić jedno: rozejrzeć się za produktem zastępczym. Ostatnio trafił mi się całkiem niezły. Paryż równie uroczy jak NYC, Julie Deply też nic nie brakuje, zwłaszcza, gdy na nosie ma Allenki (okularki-szał ciał modowych i blogowych), pod pachą ściska kota i prowadzi dyskusje z zazdrosnym narzeczonym hipochondrykiem. Jest nostalgicznie i neurotycznie . Prawie jak u Allena. Dialogi palce (uszy?) lizać, perypetie uczuciowe programowo zawiłe. Jest nawet nadopiekuńcza mamuśka i rubaszny tatko. No i oczywiście szok kulturowy Amerykanina w Paryżu – zawsze zabawny.

Jako miłośniczka „Annie Hall”, „Przed wschodem słońca” i „Życie i cała reszta”, mówię z ręką na sercu, że każda chwila spędzona na tym filmie dała mi wiele radości. Łącznie z obserwacja ciuchów i mieszkania głównej bohaterki, przysłuchiwaniem się jej łóżkowym rozmowom z Bojem-frendem, czy  przeglądaniem galerii dziwacznych postaci, z aniołem antyglobalistą na czele ( kto widział ,wie o co mi chodzi i pewnie podzieli mój zachwyt epizodem w McDonald). Jeszcze tylko gdyby tak narzeczonego vel Boja grał Woody! No ale przecież nie można mieć wszystkiego. Zwłaszcza gdy i tak otrzymuje się bardzo dużo. 

Mowa o:

 Woody Allen and Diane Keaton in United Artists' Annie Hall

 

u brzegu 10. sierpnia 2008 22:46:00 Mahfuz Nadżhib Komentarze (3)
linkologia.pl spis.pl

W słowach tej książki pływa wieloryb. Mruga do czytelnika mrucząc, że to on uratował Jonasza. Oczywiście wieloryb zmieścił się w rzece Nil tylko dzięki wizjom Anisa, urzędnika, pykającego fajkę wodna wypełniona haszyszem. Na co dzień pracownik ministerstwa, Anis zajmuje się między innymi pisaniem raportów i podsumowań. A, że nie korzysta z komputera tylko z wiecznego pióra, zdarza mu się rzecz nadzwyczajna-oddaje szefowi plik kartek spisanych przez pióro z wyczerpanym atramentem. To pierwszy absurd , który napotyka czytelnik zaledwie na trzeciej stronie książki. 

Cała powieść to uczta omamień, którą co wieczór urządza sobie grupa przyjaciół na przycumowanej do brzegu Nilu barce. Snują swoje wizje, przez które przemykają się Antoniusz i Klepoatra, Neron. Są też mamelucy, gwiazdy, miłość, lwy i jaszczurki -zestaw rekwizytów pobranych z klechd sezamowych czy przygód Sindbada Żeglarza.  Nad dostawą towaru i porządkiem czuwa olbrzymi starzec, Amm Abduch, który jak Dżin z Lampy Alladyna zjawia się zawsze na żądanie i spełnia życzenia zgromadzonych.

Abstrakcja, absolut, absurd i aberracja, słowa zaczynające się od pierwszej litery alfabetu, to od nich rozpoczyna się cała historia . W pewnym momencie na barkę ukołysanych haszyszem przyjaciół wkracza moda dziennikarka, zwolenniczka racjonalizmu, pragmatyzmu, powagi. Dzięki wprowadzeniu w akcję tej postaci oraz nadaniu wydarzeniom dramatycznego biegu, autor doprowadza do konformacji i dyskusji tych dwóch postaw. Dyskusji , niezakończonej jednoznacznie.

Może kogoś taki koniec książki rozczaruje, mnie natomiast dostarczył oddechu ulgi. Bo nie chciałam , żeby okazało się, że mam do czynienia ze zwykłym moralitetem. Nie po to czytałam dziwnie brzmiące dialogi bohaterów, nie po to  gubiłam się w ich myślach i przywidzeniach. Jednak powieść układa się jak staroświecki ale piękny jedwabny szal - płynnie  i nieoczekiwanie wyślizgując się z przybrania jednego kształtu. Na szczęście.

Mowa o:

hokus pokus 08. sierpnia 2008 22:51:00 na marginesie Komentarze (11)
linkologia.pl spis.pl

Nie znam chyba osoby czytającej, która przynajmniej raz w życiu nie sięgnęła po coś Agaty Christie. Można wyrażać się o jej twórczości z pobłażliwością, można traktować ja jak lekkostrawny przerywnik w intelektualnej uczcie czytelniczej, ale nie można jej pominąć. Ja Christie wspominam ze szczególnym sentymentem, jako że jej książki były pierwszymi, jakie udało mi się przeczytać w języku angielskim. I to bez sięgania po słownik, bo tekst był napisany językiem tak prostym i klasycznym, że nie było takiej potrzeby. Moją ulubienicą została Miss Marple, niepozorna starsza pani o przenikliwym umyśle. Jeszcze większą sympatię poczułam do Christie, gdy przeczytałam jej autobiografię, gdzie jawi się jaka prostolinijna i życzliwa ludziom osoba.

Dlatego z ciekawością wielką obejrzałam ostatnio program tv na temat jej pisarstwa. Stworzyli go naukowcy, którzy zabrali się do badań w sposób niezwykle skrupulatny, zaprzęgając do pomocy najnowsze technologie komputerowe, specjalistów od psychologii i..hipnozy.  Tak, tak, to co odkryli wskazuje, że ze Agata była nielada czarownicą. Nie tylko konstruowała swoje powieści opierając się na tej samej regule. Stosowała powtórzenia wyrazów i techniki, które obecnie znane są pod nazwa NLP (neuroligistic programming - fascynujące zagadnienie, niestety wszelkie szkolenia czy studia w tej dziedzinie maja horrendalne ceny). Co ciekawsze, nie sądzę, żeby robiła to z premedytacją, jedynie intuicja i inteligencja mogły jej tu podpowiadać jak pisać, by odnieść sukces. A zresztą, czy nie  na tym właśnie polega talent, że „sami z siebie” wiemy, coś, do czego naukową drogą dochodzi się latami doświadczeń i badań?

mowa o:

utalentowany 03. sierpnia 2008 21:55:00 Coetzee Komentarze (13)
linkologia.pl spis.pl

I pomyśleć, że chciałam kupić tę książkę! Tymczasem bez trudu pożyczyłam ją w bibliotece, nie było na nią chętnych. Pewnie trochę dlatego, że jest to rzadki przypadek, gdy książka jest jednocześnie dobra i nudna. Zaczynając ją, byłam przekonana, że to kolejny „portret artysty w wieku młodzieńczym”. A tymczasem jest tak nie do końca. Owszem, mamy do czynienia z chłopakiem o ambicjach pisarskich. Mamy opis, jak usiłuje te ambicje zrealizować. I wreszcie, jest też studium tego, co pod wpływem tych planów robi ze swoim życiem, jak powoli zasklepia się w sobie, jak pielęgnuje swój egoizm pod pretekstem konieczności koncentracji na sobie- „twórcy”.

To książka pozbawiona właściwie akcji, nie czyta jej się jednym tchem, nie czyta jej się nawet  z przyjemnością. Ale teraz, gdy dotarłam do ostatniej strony, myślę, że jednak warto było po nią sięgnąć. Jest tu ciekawy opis lektur, jakim oddaje się ktoś o ambicjach literackich. Dobrze pokazany Londyn (aż szkoda, że już listy lektur do miejskiego wyzwania zamknięte), samotność przybysza decydującego się na pobyt w tym mieście. Ale najbardziej porażająca jest końcówka. Bo okazuje się, że to co miało być prowizorycznym zajęciem, zapewniającym tymczasowo przetrwanie, w końcu staje się osią, centrum życia bohatera. I śledząc jego poczynania jako komputerowca, trudno powstrzymać się od refleksji na temat własnych wyborów i rezygnacji. Przypuszczam, że niejeden wrażliwszy czytelnik po przeczytaniu ostatniej kartki będzie miał ochotę napisać wypowiedzenie, list pożegnalny, kupić bilet na samolot czy pociąg.

Mowa o:

Młodość - Coetzee J.M.

trismegistos | maddin | bzqnawca | elaine | bad-girl | Mailing