Archiwum - września 2008

czary, mary 29. września 2008 20:42:00 Komentarze (34)
linkologia.pl spis.pl

Londyn, rok 1899. w obskurnym pokoiku zaplecza londyńskiego cyrku młody dziennikarz przeprowadza wywiad ze zdolną akrobatką. Wywiad, który w zamiarze jest właściwie śledztwem. Jego autor chce ujawnić mistyfikację, jakiej dopuściła się jego rozmówczyni. A jest nią słynna Fevvers, kobieta-ptak, Wenus Cockney, Żelazna Dziewica dźwigająca na plecach papuzie skrzydła. Częstowany szampanem i więcej niż dziwaczną opowieścią o losach Fevvers, gryzipiórek Walser gubi się wśród faktów i zmyśleń, a w tym zagubieniu wtóruje mu bicie Big-Bena, trzykrotnie obwieszczające północ. Nadejście świtu przynosi jedynie zakończenie prologu do całości tej historii.

Podzielonej na trzy części, nie tylko ze względu na trzy różne miejsca akcji (Londyn, Petersburg, Syberia), ale też na różne etapy rozwoju osobowości samego Waltsera jak i jego relacji z Fevvers. Londyn to urok starych uliczek i burdeli,  zbiorowisko osobliwości, to wreszcie miasto-amazonka, z dumnie wypiętą piersią kopuły St Paul’s. A Petersburg to miasto, gdzie następują przełomowe momenty dla akcji powieści.

„St. Petersburg, kaprys tyrana, który zapragnął, by jego wspomnienie Wenecji przybrało kształt w kamieniu na bagnistym brzegu rzeki, gdzieś na końcu świata pod najbardziej niegościnnym z nieb, to miasto, wznoszone cegła po cegle przez poetów, szarlatanów, awanturników i szalonych kapłanów, prze z niewolników i wygnańców (...) Petersburg, miasto zbudowane z dumy, wyobraźni i pragnień”. W tym właśnie miejscu ląduje cyrk z Fevvers i Walserem, ze świnką Sybillą, uczonymi małpami i księżniczką Abisynii. Tutaj ich losy skomplikują się i przybierają inny kształt. Stad wreszcie wyruszą na Syberię, gdzie nastąpi katharsis i zakończenie powieści. Wiem ze brzmi to wszystko dziwacznie, ale naprawdę nie najadłam się blekotu ani ciasteczek Timothego Lear’a. W ogóle nie przedawkowałam żadnego halucynogenu. Oprócz jednego-prozy Angeli Carter.

A Carter pisze finezyjnie i zwodniczo. Bombarduje obrazami, zwodzi metaforami, bawi się symboliką. Już na początku podsuwa czytelnikowi mnóstwo pomysłów na samą postać Fevvers (Feaver-ang pióro), opisując rodzaje „Żywych posągów” jakie ta przedstawiała w salonie swojej Burdel-Mamy. Potem komplikuje tę postać jeszcze bardziej, dodając wyobrażenia jakie ucieleśniała dla swych niedoszłych amantów. A w pewnym momencie okazuje się ze prawdziwe imię Fevvers to : Zofia, czyli Sophia , oznaczająca po łacinie mądrość. Czyżby wiec „puch marny” przeistaczał na przełomie wieków w coś więcej?

Można by się tak bawić w nieskończoność, odnajdując kolejne warstwy przesłanek i znaczeń.  Czy Fevvers ma symbolizować nową kobietę? Czy jej kolejne ucieczki od zniewolenia to oznaka dążeń do wolności płci? Czy przemiana Walsera ma oznaczać drogę mężczyzny w kierunku Nowego Świata?  Czy klauni to karykatura człowieczeństwa? Poszukiwań można tutaj czynić mnóstwo. Bo książka Carter to nie tylko raj dla wyobraźni i przysmak dla wielbicieli realizmu magicznego. To również wielkie pole manewrów dla antropologa kulturowego czy literaturoznawcy. Ponieważ nie jestem żadnym z nich, mogę tylko powiedzieć, że mnie, zwykłego czytelnika, zachwyciła zarówno fabuła, wartki i soczysty język powieści jak i jej wielowarstwowość.

Mowa o:

oplatając 24. września 2008 22:48:00 na marginesie Komentarze (9)
linkologia.pl spis.pl

Mam ochotę pójść do sklepu i poprosić o pięć kilo babiego lata, żeby sobie uwić kokon na niepogodę. Albo przynajmniej wyzłocić trochę tę kleistą szarość. Pajęczynek jeszcze w sklepach nie sprzedają, ale różne inne cudeńka owszem. Zabrałam się wiec za kupowanie ramek, wieszanie obrazów, szukanie miękkich poduszek. Na usprawiedliwienie dodam, że nie tylko mnie ogarnia tęsknota za przytulnością, zmianą wystroju z letniego na zimowy. Nawet w „Czytelni” (TVP Kultura) studio zmieniło z żółto-białego biura w poobwieszane właśnie pajeczynopodobnymi ozdóbkami pomieszczenie, w którym jest bardziej kolorowo i swojsko.  Oczywiście, nic tak nie dodaje pokojowi ciepła jak szeregi różnobarwnych woluminów.. Dobra książka na półce, to jest dopiero gadżet! Tylko skąd mieć pewność, ze kolejne księgarniane cudo naprawdę nią będzie? W „czytelni” pan Hen podał niezły przepis. Otóż oświadczył, że nie kupuje nowości, a wybiera książki, które utrzymują się na rynku przynajmniej przez trzy lata, wtedy jest nadzieja, że lektura będzie faktycznie miała jakąś wartość. Przyznaję, że szybko udało mi się znaleźć kilka przykładów, obalających te teorię. A kiedy jeszcze widzę TAKIE zdjęcie w ulubionym magazynie, chęć kolejnych zakupów przykleja mi się do myśli, jak uparta nitka babiego lata ;) 

mowa o:

biblioteka

Elle Decoration Pażdziernik 2008

Co każda kobieta wiedzieć powinna 22. września 2008 21:23:00 Virginia Woolf Komentarze (13)
linkologia.pl spis.pl

 

Poszukując antidotum na przedawkowanie testosteronu prozą Bukowskiego, bez wahania rozglądnęłam się za Virginią Woolf. Szybko dołączyłam do niej, spacerującej niewygodną żwirową ścieżką po Uniwersyteckim skwerze. Skrzyp bucików na drobnych kamyczkach został szybko zagłuszony, mądrą, rozsądną i błyskotliwą dysputą na temat roli kobiety w sztuce, a właściwie na jej brak na przestrzeni dziejów.

Virginia przywołuje cały szereg kobiet, które powoli wyłaniają się z mroków historii. Obraz który w ten sposób się tworzy, to portret najdłuższego w dziejach ludzkości niewolnictwa, portret o rozmiarach ogromnych, bo mieszczący w swych ramach ponad połowę rasy ludzkiej. Warto się z nim zapoznać, warto choćby po to, by nie krzywić się z pogardą na słowo „feminizm”, czy „równouprawnienie”. Żeby dostatecznie docenić to, czego dokonała Jane Austen, niezamężne dziwadło, które pokątnie skrobało cos w rogu salonu i chyłkiem chowało papierzyska na widok wchodzących do pokoju gości. Pokoju był bowiem pomieszczeniem wspólnym, w którym bawiło się, dyskutowało, dreptało mnóstwo osób, nie zawracając sobie przy tym głowy, że przeszkadza gryzmolącej coś na boku pannicy.

Na szczęście tworząc swój esej Virginia mogła już korzystać z przywilejów równouprawnienia, mogła zacząć przewidywać, jaki będzie miało skutek wejście kobiety do świata sztuki, mogła już całkiem realnie się zastanawiać, jak potoczą się dalsze losy pisarek i ich dzieł. Choć zgoniona z trawników szacownej uczelni („tylko profesorom i asystentom wolno chodzić po trawniku), mogła zajrzeć do znaczeni uboższej jej wersji, ale za to dostępnej dla kobiet. I mimo braku formalnego wykształcenia, braku całego dziedzictwa dobrze wykarmionego przez wieki umysłu, umiała niezwykle trafnie ocenić i przewidzieć to, cos tanie się z literaturą w momencie zrównania startu obu płci:  

V. Woolf "Własny pokój. Trzy gwinee." str.124.

anonse 21. września 2008 21:46:00 na marginesie Komentarze (5)
linkologia.pl spis.pl

Po pierwsze, serdeczne podziękowania dla Chihiro za uroczą kartkę z NYC. Która była nielada niespodzianką, bo jakoś nie umieściłam siebie na liście zgłaszających chęć otrzymania widokówki z tego miasta. Jak widać nieproszącym też czasem jest dane, z czego

bardzo się cieszęJ.

Poza tym atakujące zewsząd chłody i słoty nakłoniły mnie do rozmyślań, co by tu począć w  nadchodzącym czasie ponurej szarówki wczesnych wieczorów. No i wymyśliłam Klub Książki. Obecnie mamy już pełna listę członków (a właściwie członkiń) i zastanawiamy się jak to wszystko urządzić, żeby miało ręce i nogi. A kiedy już rak i nóg dostanie, żeby nie uciekło szybciutko w sina dal, unosząc w dłoniach  naszą chęć czytania;). Jeśli ktokolwiek ma doświadczenie w organizacji, lub uczestniczeniu w takiego rodzaju przedsięwzięciu, mile widziane będą wszelkie rady i przestrogi. Niestety, póki co, żadna z potencjalnych klubowiczek nie zapała entuzjazmem do pomysłu założenia klubowego bloga, więc nici z pomysłu podzielenia się naszymi pomysłami i spostrzeżeniami z szerszym gremium Książkowiczów. Postaram się jednak od czasu do czasu uchylić nieco rąbka tajemnicy i poopowiadać przynajmniej tutaj jak nam idzie.  

A Slow Book 14. września 2008 23:08:00 Bukowski Charles Komentarze (2)
linkologia.pl spis.pl

It’s just a slow day moving into a slow night
it doesn’t matter what you do
everything just stays the same.
the cats sleep it off, the dogs don’t bark,
it’s just a slow day moving into a slow night,
there’s nothing even dying,
it’s just more waiting through a slow day moving
into a slow night.
you don’t even hear the water running,
the walls just stand there
and the doors don’t open…

Wind the clock by Charles Bukowski

 

To tylko powolny dzień przechodzący w powolną noc.

Cokolwiek zrobisz,

Wszystko zostaje takie samo.

Przespany przez koty, przemilczany przez psy

To tylko powolny dzień przechodzący w powolną noc.

Nic nawet nie umiera,

To bardziej przeczekiwanie aż powolny dzień

Zamieni się w powolną noc.

Nie słychać nawet jak płynie woda.

Ściany tkwią miejscu

Nie otwierają się drzwi...

Tłum. (amatorskie) własne

 

 Tę książkę wzięłam do ręki po raz kolejny, przeglądając półkę w poszukiwaniu czegoś „do wanny”. Kiedy zatrzymałam palec na jej grzbiecie, przypomniałam sobie, jak długo już z Charlim B. nie możemy zawrzeć znajomości. Tytuł kupiony lata temu, porzucałam po paru stronach kilkakrotnie. A tym razem jakoś nie. Dawkowany umiejętnie na koniec dnia, okazał się całkiem przyzwoita rozrywka. Po pierwsze nie ma tu żadnego pitu pitu, ptaszki nie świergolą, obcasiki nie stukają. Słychać tylko kolejno odkorkowywane butelki wina  i pogaduszki szurniętych filmowców. 

Charlie pod postacią Chinaskiego, gdzieś tam w Kalifornii, snuje się ze spotkania na spotkanie, z wyścigów konnych na bankiet, i nie wysila się specjalnie żeby nadać akcji tempa lub  urody. Za to serwuje prostotę zdań, która może być porządnym oddechem po wyrafinowanych utworach innych autorów. Sporo tu testosteronu i antyfeministycznych odzywek, wiec było to tez trochę „podsłuchiwanie wroga”. 

I choć jestem wciąż daleka od zachwytu jakim Charliego darzą co niektórzy faceci (skąd to przekonanie że popijanie i włóczęgostwo jest synonimem męskości?), to musze przyznać, że darzę go zainteresowaniem nie od dziś. Parę tygodni temu udało mi się na Planete namierzyć dokument na jego temat ( była świetna seria o pisarzach, może jeszcze kiedyś powtórzą). Natomiast parę lat temu obejrzałam sobie „Factotum” ( film oparty na pseudo autobiografii Bukowskiego pod tym samym tytułem) i był to jedyny przypadek w mojej karierze widza, gdy podczas filmu pobiegłam po butelkę martini. Po prostu przy oglądaniu „Factotum” nie da się nie wypić. Sam film można by uznać za nieco nudnawy, gdyby nie rewelacyjny podkład muzyczny, który stwarza atmosferę smuty, rozmamłania i przymulenia, idealnie oddając stan ducha głównego bohatera. A ponieważ jesienna plucha to taki spleenowy czas, z przyjemnością zerkam na okładkę biografii Charliego, a przy najbliższej wizycie w bibliotece w ‘wyszukiwanie” jak nic wklepię „factotum”.  Potem tylko załączę soundtrack i niech sobie leje dowoli...

Mowa o:

trismegistos | maddin | bzqnawca | elaine | bad-girl | Mailing