Archiwum - stycznia 2009

Tej nie kocham, tej nie lubię, tej nie doczytuję 21. stycznia 2009 19:58:00 na marginesie Komentarze (17)
linkologia.pl spis.pl

No nie, westchnęłam, odkładając „Dom Balthusa”, to już trzecia książka z której rezygnuję w ciągu tego miesiąca. Najpierw była „Obywatelka” Gretkowskiej, która zraziła mnie umieszczanymi co kilka stron opowieściami o cudownych wyczynach Poli. Oczywiście, że każda trzylatka jest nadzwyczajna, ale wystarczająco często udowadniają mi to w rozmowach koleżanki, więc nie odczuwam potrzeby przekonywania się o tym jeszcze  w trakcie lektury.  Dlatego książkę odstawiłam na bok. Sięgnęłam natomiast po „Naiwny. Super” Loe, tak, tego od Doplera. Ale co za zawód! Książka porównywana, zupełnie niewiadomo dlaczego, do „Buszującego w zbożu”, zawiera głównie dosyć infantylne opisy prób znalezienia godziwego zajęcia przez pewnego młodzieńca. Zabierał się za rower, za odbijanie od ściany czerwonej piłeczki- i resztę sobie darowałam, bo ani mnie ta historyjka bawiła ani ciekawiła. A „Dom Balthusa”? Okazało się ze to jedna z tych książek, które zaczynają się do samego końca. Na dodatek z wysiloną poetyką i dosyć obrzydliwymi opisami fizycznych dolegliwości jej postaci. No i sama nie wiem, za co się teraz zabrać. Z jednej strony kuszą nowości, z drugie strony dopinguje termin oddania książek wypożyczonych i jeszcze nie przeczytanych. Ale obiecuję sobie, ze w przyszłości dokładniej będę podejmować moje biblioteczne decyzje. Bo wygląda na to, że upojona myślą, że przecież „to za darmo” biorę wszystko jak leci, i potem musze odpokutować ten sponton czytelniczą niestrawnością, utrudniającą konsumpcję kolejnej lektury. 

Dorastanie 13. stycznia 2009 21:24:00 Grimes Martha Komentarze (22)
linkologia.pl spis.pl

Naszła mnie ta dziwna świadomość czasu, który kładzie się ciężko i zbiera siły, jak kobieta, która w ceremonialnym tańcu przystaje, by podgarnąć tren sukni. Czas nie mijał-czas wzbierał.

„Stacja cold flat junction” Martha Grimes

 

 

 

Balthus “La patience”

trochę na przekór okładce książki, „mój” portret Emmy zaczerpnięty od Balthusa.

 

Druga część trylogii „hotelowej” Grimes niby zaczyna się od tego samego punktu, w którym zakończyła się pierwsza. Mamy więc precyzyjną kontynuacje opisu wszystkich wydarzeń, osób i miejsc. Do tego stopnia, że robi się, no cóż, po prostu odrobinę nudno. Jednak gdy  już wydaje się, że nie zaszły żadne zmiany, Emma dostarcza nam niespodzianki. I nie o odkrycie kolejnych tajemnic tu chodzi, ale o nią samą. Bo Emma dojrzewa, mniej je, więcej myśli, i z objadającej się dziewuszki powoli staje się refleksyjną panienką, rozważająca słowa Faulknera. Trudno ocenić czy jest to zmiana na korzyść, ale na pewno przy okazji jej zaistnienia Grimes ma szansę wykazać się całkiem niezłym poetyckim warsztatem. I to nie zmiana stylu przeszkadzała mi przy czytaniu tej książki, ale raczej aura odmienna od tej obecnej na stronach powieści. Znacznie lepiej czytało mi się o leniwym prowincjonalnym lecie gdy wiodłam żywot beztroskiej plażowiczki. Dlatego kończąc tę część historii Emmy postanowiłam, że z następną poczekam gdy zima odejdzie na dobre. Bo tak jak inspektor Jury okazał się świetnym towarzystwem na czas śnieżnej zawieruchy,  Emma jest najlepszym kompanem do szklaneczki coli z lodem sączonej pod przeciwsłonecznym parasolem.

mowa o:

 

 

zaspa 08. stycznia 2009 22:05:00 Komentarze (13)
linkologia.pl spis.pl

Za oknem zawiało, zasypało, od śniegu aż porobiły się białe noce i po zachodzie słońca znacznie lepiej się czyta niż śpi. Z zadowoleniem zauważyłam, że  w tym roku przyjęto jakąś nową metodę odśnieżania i nie ma prawie gór lodu i śniegu przy drogach i chodnikach. Inna sprawa, że tak bardzo to znowu nie napadło. W każdym razie, żeby zimowej tradycji stało się zadość,  zorganizowałam sobie własna zaspę. Książkową oczywiście, no bo jak zaspa indywidualna to niech będzie i oryginalna:

Do jej usypania posłużyły mi tytuły: 

Woody Allen, Rozmawia Eric Lax - na miłość nie ma lekarstwa, a Woodiego darzę tym uczuciem już od kilkunastu lat i zawsze mi go mało.

Nocny Pociąg do Lizbony Pascal Mercier - już myślałam, że nie zdobędę tej książki! Najpierw było fiasko z Merlinem, potem dwukrotna odmowa empiku. Wreszcie udało się za czwartym razem! Mam nadzieję, że nie będę żałowała moich wysiłków.

Sens Nocy. Spowiedź. Michael Cox – koło tej książki chodziłam ponad rok. Wreszcie nadarzyła się okazja rabatu i zakupiłam ten spory kawałek tajemnic wiktoriańskiego Londynu.

Ruski Miesiąc Dmitrij Strelnikow - znalazłam pod choinką. Rosjanin w Warszawie, prawosławny wśród katolików. Chyba będzie nieźle. 

Ogrody Kensington Rodrigo Fresan - Piotruś Pan w psychodelicznych latach 60 tych? Nie mogłam się oprzeć.

Pod Przechytrzonym Lisem Martha Grimes - przyznaję, że uwiódł mnie nie tyle inspektor Jury, co jego znajomy już- nie-lord Melrose Plant. Bardzo się cieszę na kolejną randkę.   

Sto Odcieni Bieli Preethi Nair- odrobina orientu  w czasie zimy.

Demony Dobrego Dextera Jeff Lindsay-  zachwalana przez wszystkich, a mimo to obecna w bibliotece.

Lala Jacek Dehnel- wreszcie jakiś polski autor.

Dom Balthusa David Brooks - malarze to dla mnie zawsze niezmiernie kuszący temat. 

Księżycowy Pałac Paul Auster - z Paulem Austerem bywa różnie, ale dam mu jeszcze jedną szansę

Samotność Christopher Isherwood - taki pisarz i taki temat? To nie może być pomyłka! I faktycznie nie jest, bo właśnie czytam z wielkim smakiem.    

Namiętność Jeanette Winterson -  kiedyś, po przeczytaniu „Oranges are not the only fruit” obiecałam sobie, ze jeszcze wrócę do tej autorki. No i dotrzymuje słowa.

 

 

szukając parasola 05. stycznia 2009 21:51:00 Grant Linda Komentarze (4)
linkologia.pl spis.pl

 

 

If I had a golden umbrella,

With the sunshine on the inside,

And the rain on the outside

(“gdybym tylko miał  złoty parasol, z promieniami słońca od środka,
I deszczem na  zewnątrz” tłum własne)

Linda Grant „The Clothes on Their Backs”

Jak już wspominałam, jestem czytelnikiem „szczegółowym”. Polega to nie tylko na tym, że czepiam się detali. Ja jeszcze uwielbiam, gdy autor daje mi możliwość dokładnego obejrzenia postaci, jej ubioru, wyglądu, miejsca pobytu. Kocham wiedzieć, czy dany bohater miał marynarkę w drobną czy dużą kratę, jakiego kroju i koloru była sukienka jego Lubej, gdy zobaczył ja po raz pierwszy. Do dziś na przykład pamiętam marzenie Ani z Zielonego Wzgórza o bufiastych rękawach, urzeczywistnione w brązowej eleganckiej sukni, którą dostała pod choinkę.  Dlatego ta książka była poniekąd dla mnie uczta. Chyba jeszcze nigdy nie spotkałam pisarza, który by tak pięknie potrafił pisać o ciuchach. Do tego stopnia ze „widziałam” nie tylko ich materiały i kształty ale nawet czułam...zapachy! Często była to woń zleżałej odzieży second-handów, bo tam głownie ubierała się Vivien, narratorka i bohaterka tej powieści.

Czytając tę książkę, przypomniałam sobie mój pierwszy dorosły płaszcz. Był szary w białe gwiazdki, elegancki jak na owe czasy i z trudem zdobyty w kryzysowo pustym sklepie. Jego lekkość zdawała się być mankamentem w porze trzaskających mrozem zim czasu mojej nastoletności. Dlatego podjęto decyzję o dociepleniu go przez dodanie jeszcze jednej warstwy fizeliny. I choć mniej wiało potem mi po plecach, to jednak żałowałam dokonania tej zmiany. Płaszcz zrobił się sztywny i niewygodny, a fason nabrał jakiś dziwnie kanciastych kształtów. Dlaczego o tym pisze? Nie tylko żeby powspominać moje ciuchowe historie. Otóż wydaje mi się ze autorka powieści zrobiła ze swoją książką dokładnie to samo, co zrobiono z moim płaszczem: wydała jej się za lekka, za przewiewna, zbyt mało solidna. Dodała wiec różne różności, by uczynić ja bardziej znaczącą, jakby się wystraszyła, że wyjdzie jej zwykły chic-lit, a nie dzieło pretendujące do nagrody Bookera. W książce znalazły się wiec  tzw. ”issues”, czyli mówiąc bardziej po polsku, problemy współczesnego świata. Mamy więc: holokaust, emigrację, nietolerancję, rasizm, nazizm, faszyzm, komunizm i terroryzm. Jedyny ”-yzm”, jaki pominięto, to chyba artretyzm, ale póki co nie stanowi on ważkiego polityczno-społecznego zagadnienia. No i cóż z tego, że książka zyskała na powadze, jeśli straciła na fasonie. A mogłaby to być cudowna opowieść o tym czym są dla nas ubrania, jakiego rodzaju komunikatów są nośnikiem, jak zmieniają nasze postrzeganie siebie samych i jak narzucają nam konkretną osobowość. 

Vivien, zamożna pięćdziesięcioletnia wdowa,  pod wpływem odwiedzin w pewnym zapomnianym londyńskim butiku, snuje wspomnienia o minionych czasach. O swoich szarych, mysich rodzicach, którzy bali się wyściubić nosa poza własną dzielnicę i o barwnym wujku, który kiedyś zastukał do drzwi i zachwycił ja błękitnym garniturem  i niezwykłym wyglądem swojej towarzyszki. Vivien odnajdzie go po latach i jako młoda dziewczyna będzie miała szansę nie tylko zobaczyć, jak różnie można żyć, ale także odnajdzie swoje korzenie, a po części i tożsamość. I choć miejscami naprawdę działały mi na nerwy wspomniane już „issues’, to za każdym razem gdy brałam te książkę do ręki, zachwycała mnie elegancka prostota zdań i subtelność opisów. Mam nadzieję, że jeśli ukaże się polska wersja tej książki to zostanie w niej zachowana ta uroda stylu, będąca największym jej atutem. A tym, którzy chcieliby się bliżej przyjrzeć postaci autorki, polecam jej blog, gdzie zapowiada nową książkę, oparta właśnie na pisanych tam notkach.

mowa o:

 

 

Strzały i niewypały Roku 2008 01. stycznia 2009 23:05:00 na marginesie Komentarze (18)
linkologia.pl spis.pl

Jeszcze się snuje zapach wczorajszych sztucznych ogni, więc powracam na chwilę do poprzedniego roku, żeby pokontemplować własne czytelnicze strzały i niewypały Anno Domini 2008. Zacznę od tych drugich, książek, których nie polecałabym do czytania, które mnie zwiodły i  zawiodły:

 

„Cena wody w Finistere" B. Malmsten - miało być uroczo, ciepło i zaściankowo. Tymczasem było głownie nudno. Jakaś paniusia ze Szwecji kupuje grunta na francuskiej prowincji. Od tej pory siedzi przykucnięta nad grządką, grzebie w ziemi i wspomnieniach. Nic nie jest takie fajne jak kiedyś, ogólnie wszystko ją oburza, sentyment ma tylko do swojej rumianej babci, która odeszła dosyć dawno ze świata żywych. Ci, co na nim pozostali, są przedmiotem nieustannych utyskiwań autorki. Sens i radość życia jedynie można odnaleźć zanurzając ręce w kompoście. W co jednak nie do końca uwierzyłam. Bo choć ogrodu nie posiadam, co  rok wypełniam skrzynki balkonowe ziemią i wierzcie czy nie, nigdy objawień przy tym żadnych nie miałam, chyba że błędnie odczytuję ból kręgosłupa i czarne obwódki za paznokciami.  Po pierwszych stu stronach zrezygnowałam z tej malkontenckiej epopei.

 

„Ex Libris. Wyznania czytelnika” A. Fadiman  Esej o książkach?  Bzdura. To raczej pean ku czci własnej wizji czytelnictwa. Nie dość, że autorka należy do uciążliwego typu kobiet zaczynających każde zdanie zwrotem „Bo Mój Mąż”, to jeszcze oplata androny, które maja być jedynie słuszną lekcją poglądową na temat literatury, książek i domowych bibliotek. Sorry, droga pani, wcale nie uważam, ze Moby Dick jest boski, a układanie książek na pólkach według klucza ma sens. Wyrwanie kartek z książki to nie radośnie emocjonalne podejście do literatury tylko zwykły wandalizm, skrajny egoizm  i brak szacunku dla przyszłych czytelników. Zniechęciłam się ostatecznie, gdy autorka wyraziła swój zachwyt metodą swojej koleżanki na kolekcjonowanie owadów. Otóż pani ta polowała na nie z otwartą książką, i gdy stworzonka przysiadały na kartce, gwałtownie zatrzaskiwała tomiszcze. Cóż za fantazja, brrr. Nie miałabym ochoty potem przy czytaniu tej książki odklejać od stron motylich skrzydełek i wyskrobywać słowa zza zakrzepłych owadzich soków. Dlatego zniechęcona pomysłami autorki odstawiłam ExLibirs szybciutko do biblioteki.  

 

„Five quarters of the Orange” J. Harris- To była lektura na mój pierwszy Klub Książki. I tylko dzięki temu przeczytałam ją w całości. Inaczej już po 50 stronach rzuciłabym w kąt tę powiastkę o sielance okupacji ,wrednej córeczce i polowaniu na szczupaki. W życiu nie łowiłam ryb i mam nadzieję, że nigdy nie zostanę do tego zmuszona. Wystarczy, że przebrnęłam przez ten strumień literackiej fikcji w której pławiła się monstrualna wersja złotej rybki.  

 

„Wynurzenie” M. Atwood – po raz kolejny nauczka, żeby nie czytać „autora” tylko „dzieło”. A tak dałam się zagnać w gąszcz kanadyjskiej puszczy, przekonana, że ulubiona pisarka przecież nie wywiedzie mnie na manowce. Tym czasem wywiodła, i to bardzo. I nie przekonała, że powrót do natury i oddanie się instynktom macierzyńskim jest najlepszą drogą do rozwiązania wszelkich problemów.

 

 Na szczęście swoje niezadowolenie z lektury Pani Bovary, „ Natychmiast, mocno, naprawdę"D.Handlera czy „Ani z widzenia, ani ze słyszenia” A.Nothomb opisałam już wcześniej, wiec teraz zaoszczędzę sobie miejsca i słów.

A fajerwerki? Było ich sporo, jeden z  najjaśniejszych to „Wieczory cyrkowe” Angeli Carter. Na gwiazdki zasługują także: „Czerwona Sofa",  „Szaleństwa Brooklinu", „Pan Norris się przesiada", "Piknik pod Wiszącą Skałą” w kategorii letnich gwiazdozbiorów, „Irlandzka herbatka” w kategorii  gwiezdnego pyłu złudzeń  i „Pod Huncwotem” w kategorii gwiazdek świątecznych.   

trismegistos | maddin | bzqnawca | elaine | bad-girl | Mailing