Kategoria: Auster Paul

moonwalker 01. lutego 2009 22:12:00 Auster Paul Komentarze (24)
linkologia.pl spis.pl

Pora niczyja, choinka uwiędła, śnieg prawie też. Chciałoby się bliżej słońca, a jak nie, to gdzieś tak- może na księżyc? Dlatego pomyślałam sobie: no to niech mnie Pan Auster na drogę mleczną zawiedzie, przy srebrnej bramie postawi i pokazuje cudeńka z innego świata. A tymczasem pan Auster szykował mi siurpryzę, chichotał wręcz dmuchając swoja prozą w nos, wodząc nie po świetlistych szlakach gwiazd, ale po śladach młodzieńca, co to faktycznie spadł z księżyca prosto na ulice NYC lat 60 tych. Nie dość, że chłopiec zdaje się być nie z tego świata, to jeszcze ma dziwny dar, negatyw tego, jaki miał Król Midas: zamiast zamieniać otoczenie w złoto, wszystko czego się tknie obraca w perzynę, pył rozpaczy szarej. Niejaki pan Fogg, bo o nim tu mowa, jest sierotą wychowaną przez sympatycznego wujka,. Niestety wkrótce zostaje osamotniony powtórnie, i gubi się w świecie całkowicie, błąkając się z topniejacym zasobem gotówki po Central Parku. W ostatniej chwili wyciągają go z opresji przyjaciele. Nie oznacza to jednak, że bohater faktycznie jest uratowany. Znajduje bowiem pracę jako towarzysz dziwacznego staruszka, który opowiada mu niesamowitą historię swojego życia, z kulminacją akcji na pustkowiach Utah. I tu się rozmarzyłam: Monument Valley, nieludzko wielka, z niezwykłymi, nie z tego świata Indianami Navajo, którzy na tym pustkowiu sprzedają swoje rękodzieła, czerwone piaski pustyni, dziwaczne formy skalne, to wszystko faktycznie wygląda jak inna planeta, i do dziś nie mogę wyjść ze zdziwienia, że dane mi było to na własne oczy obejrzeć. Chrzanić Nowy York, Las Vegas, czy jakieś tam Chicago, to jest właśnie ta część świata, którą naprawdę warto w tej całej Ameryce zobaczyć,  wpatrzyć się w nią, i już na zawsze zatrzymać w pamięci. I za tę podróż sentymentalno – wizualną jestem panu A. Bardzo wdzięczna. Za resztę mniej, bo nieuchronność, z jaką bohater jego książki ściąga no siebie nieszczęśliwe przypadki wpędziła mnie w stan co nieco depresyjny. I nawet finał nie przyniósł mi ukojenia, bowiem  Fogg podążając śladami opowieści starca  nie dociera nigdzie, autentyczność jego historii staje się równie niemożliwa do sprawdzenia, jak autentyczność człowieczego spaceru po srebrnym globie.

mowa o:

KSIĘŻYCOWY PAŁAC Paul Auster

jabłuszko 20. sierpnia 2008 22:35:00 Auster Paul Komentarze (17)
linkologia.pl spis.pl

Nowy York udało mi się zobaczyć dwukrotnie,. Zawsze jednak była to pora roku inna, niż ta z filmów Woodego Allena, gdy przymglone słońce schyłku lata nadaje łagodności konturom kamienic i twarzom przechodniów. Pech chciał ze trafiałam tam w czasie, gdy wzdłuż ulic hulały lodowate przeciągi, a niebo szczelnie pokrywały chmury. Trzeba było ratować się gorącą czekoladą i częstym wpadaniem do sklepów. Nie był to Nowy York w wersji, która mogłaby się spodobać najbardziej.

Tymczasem Pan Auster zafundował mi wycieczkę do NYC w czasie znacznie przyjemniejszym i w towarzystwie niezwykłych przewodników. I to za jedne 39 złotych!

Choć właściwie przez prawie cały czas czytania przebywałam  w jednej dzielnicy. I dużo tam nie wdziałam. Ot kilka kawiarenek, niezbyt eleganckich mieszkań i zasobny antykwariat. Zaczęłam jednak rozglądać się uważniej, pociągać za te i inne zdania, rozchylać akapity w poszukiwaniu ukrytych prawd i znaczeń. I tak przyszło mi do głowy, że choć Nowy Jork ukazuje się ta rzadko, to jednak każda strona jest przesiąknięta jego atmosferą. Powiem więcej, poczułam, że jest tam obecny jego duch. W końcu jeśli można spotkać Ducha świat Bożego Narodzenia, to dlaczego miałoby być dziwne spotkanie ducha miast w którym każdy dzień jest jak święto? Tak wiec, gdy przyjrzałam się bliżej narratorowi książki, wujowi Nathowi, coraz bardziej jego postać pokrywała się z zarysem miasta. Nat zwalczył raka, Nowy Jork skutecznie poradził sobie z tocząca go plagą przestępczości. Nat jest  pełen tolerancji i życzliwości dla innych, Nowy Jork to miasto gdzie każdy znajdzie miejsce dla siebie i będzie się dobrze czuł. Wreszcie Nat przeżywa wstrząs który początkowo bierze za pierwsze objawy śmierci tuż przed dniem, gdy  NYC przeżywa najboleśniejszy dzień swego istnienia:11 września.

Bo jest to też trochę książka pisana „Ku pokrzepieniu serc”. Powstała w latach 2003-2004, miała przypomnieć, a może i uzmysłowić czytelnikom jaki jest NYC i jego ludzie. Na początku są rozważania o „Waldenie” i poszukiwaniu idealnego miejsca na ziemi, ucieczki do własnego świata, do hotelu Egzystencja, gdzie każdy żyje jak chce i czuje się w pełni swobodny. Jednak gdy pojawia się możliwość realizacji marzenia, bohaterowie książki decydują się zostać w mieście. Bo okazuje się, że najlepszym miejscem jest to obok ukochanej osoby. A NYC dostarcza tej możliwości, pozwala na spotkanie ludzi, którzy będą się nawzajem nie tylko tolerować ale i wspierać.

Książkę polecam na powakacyjne smutki. Jest w niej tyle ciepła, wibrujących historii o nieudacznikach, szwindlach i pisarzach, że polepszenie nastroju przy jej czytaniu jest niemal pewne. A jeśli jeszcze włączymy podkład muzyczny z tradycyjnego jazzu, czy chociażby Diany Krall, mamy zagwarantowany długi (ale bezpieczny) lot w kierunku pogodnego nowojorskiego lata.

Mowa o:

trismegistos | maddin | bzqnawca | elaine | bad-girl | Mailing