Kategoria: Grimes Martha

Dorastanie 13. stycznia 2009 21:24:00 Grimes Martha Komentarze (22)
linkologia.pl spis.pl

Naszła mnie ta dziwna świadomość czasu, który kładzie się ciężko i zbiera siły, jak kobieta, która w ceremonialnym tańcu przystaje, by podgarnąć tren sukni. Czas nie mijał-czas wzbierał.

„Stacja cold flat junction” Martha Grimes

 

 

 

Balthus “La patience”

trochę na przekór okładce książki, „mój” portret Emmy zaczerpnięty od Balthusa.

 

Druga część trylogii „hotelowej” Grimes niby zaczyna się od tego samego punktu, w którym zakończyła się pierwsza. Mamy więc precyzyjną kontynuacje opisu wszystkich wydarzeń, osób i miejsc. Do tego stopnia, że robi się, no cóż, po prostu odrobinę nudno. Jednak gdy  już wydaje się, że nie zaszły żadne zmiany, Emma dostarcza nam niespodzianki. I nie o odkrycie kolejnych tajemnic tu chodzi, ale o nią samą. Bo Emma dojrzewa, mniej je, więcej myśli, i z objadającej się dziewuszki powoli staje się refleksyjną panienką, rozważająca słowa Faulknera. Trudno ocenić czy jest to zmiana na korzyść, ale na pewno przy okazji jej zaistnienia Grimes ma szansę wykazać się całkiem niezłym poetyckim warsztatem. I to nie zmiana stylu przeszkadzała mi przy czytaniu tej książki, ale raczej aura odmienna od tej obecnej na stronach powieści. Znacznie lepiej czytało mi się o leniwym prowincjonalnym lecie gdy wiodłam żywot beztroskiej plażowiczki. Dlatego kończąc tę część historii Emmy postanowiłam, że z następną poczekam gdy zima odejdzie na dobre. Bo tak jak inspektor Jury okazał się świetnym towarzystwem na czas śnieżnej zawieruchy,  Emma jest najlepszym kompanem do szklaneczki coli z lodem sączonej pod przeciwsłonecznym parasolem.

mowa o:

 

 

Old Lang Syne 26. grudnia 2008 20:47:00 Grimes Martha Komentarze (14)
linkologia.pl spis.pl

Angielski pub tkwi zasadniczo na skrzyżowaniu historii, pamięci i romansu. Kto w wyobraźni nie wychylał się z jego drewnianych galeryjek na brukowany dziedziniec, żeby spojrzeć na zatrzymujące się tam powozy, na skłębione oddechy tupiących kopytami koni w ciemnym zimowym powietrzu? Któż nie czytał o tych długich , przysadzistych budynkach z oknami podzielanymi na kwadraty, o zapadniętych nierównych podłogach, o masywnych belkach pod sufitem i ścianach obwieszonych miedzianymi kotłami, o kuchniach, gdzie niegdyś na rożnach obracały się połcie mięsa, a z sufitów zwisały szynki?

M. Grimes „ Pod Huncwotem”

 W takim właśnie otoczeniu spędziłam cześć Świąt. A wszystko przez to, że  potraktowałam książkę jak bezdomnego kota. Pozwoliłam się jej łasić się do mnie już od jakiegoś czasu, niekiedy pochylałam się nad nią, żeby bliżej się przyjrzeć, jaka tak naprawdę jest. Wreszcie zdecydowałam się ja wziąć do domu, żeby tylko trochę się nią nacieszyć, a potem oddać w dobre ręce. Jednak kiedy zawarłam z nią bliższą znajomość, okazało się że lepszych rąk niż moje dla niej nie znajde. I tak została, zupełnie jak pewien Kudłatek, który niedawno pałętał się po moim osiedlu. Pchał się do wszystkich pań, aż w końcu jedna wzięła go „dla koleżanki”. Kot do koleżanki nie dotarł, tylko zadomowił się u życzliwej mu Pani. Tyle, że kota trzeba było zabrać do weterynarza, ja na szczęście książkę zabrałam tylko do łóżka. I w samiutką Wigilię goniłam do empiku, żeby znaleźć jakiś inny prezent. Ale warto było, dzięki temu czytałam ją w najwłaściwszym czasie. Akcja bowiem ma miejsce w dniach od 19 do 26 grudnia, w zapyziałym angielskim miasteczku Long Piddleton, gdzie na pubach zamiast szyldów dyndają.. zwłoki zamordowanych przyjezdnych!  Bez obaw, to nie krwawe jatki zachwyciły mnie w tej książce. Tylko świetnie oddana atmosfera angielskiej prowincji, gdzie panowie nadal noszą tweedowe marynarki, dziewczęta urodą przypominają Jane Eyre, a w niektórych domach można jeszcze ciągle spotkać starego lokaja, sztywno pochylającego się z tacą. Tam trafia inspektor Jury, pracownik Scotland Yardu, który zamiast rozwikłać zagadkę jednego morderstwa, staje się świadkiem licznych zbrodni, zaprzyjaźnia się  z byłym arystokratą i beznadziejnie zakochuje w miejscowej panience.

Czytają tę książkę, miałam wrażenie, ze duch Agaty Chrstie nagle obudził się, jak dybuk zawładnął ciałem pani Grimes i kazał mu stworzyć uroczy kryminał, w najlepszym starym stylu, z angielską herbatką, jajkami na bekonie oraz piekiełkiem tajemnic i grzeszków mieszkańców prowincjonalnego grajdołka. Co prawda, w momencie gdy doszło do rozwiązania zagadki kryminalnej, duch Christie chyba gwałtownie opuścił autorkę i została zdana na wałasne, niezbyt potężne siły pisarskie. Ale nawet i miałką kulminację mogę wybaczyć za przyjemność przebywania w towarzystwie rzeczowego Jurego i lekko zblazowanego, za to cholernie inteligentnego Melrosa Plant’a, który ku rozpaczy swojej ciotki za nic ma swoje lordowskie przywileje. Ta książka idealnie pasowała do świat, nie tylko ze względu na czas w jakim się dzieje, ale i na  atmosferę ciepła starego domostwa. Jak zwykle u Grimes są  tu bardzo sugestywne opisy posiłków, co przy obfitości świątecznego pożywienia staje się dodatkową zachętą do sięgania po takie czy inne smakołyki. Miałam wiec sporą frajdę czytając tę książkę. Pozostawiła mi ona tylko jedną kwestię niewyjaśnioną; czy mianowicie w Anglii żyją skunksy? Czy też coś się naszej Amerykance poplątało? Jeśli nawet, to i tak pewnie niedługo rozglądnę się za „Pod przechytrzonym lisem”. W końcu następny długi weekend wkrótce. 

mowa o:

dawno, daleko 21. lipca 2008 21:48:00 Grimes Martha Komentarze (16)
linkologia.pl spis.pl

Kiedy moja znajoma zaczęła czytać te książkę, w połowie ziewnęła, skrzywiła się i zajrzała na koniec „żeby sprawdzić, kto zabił”. Nie mogła zrozumieć mojego zauroczenia. A to dlatego, że nie wynikało ono z fascynacji zawiłą intrygą. Bo taka w tej książce nie istnieje. Natomiast zachwycić tu może rzecz inna - pięknie odmalowany obraz prowincji amerykańskiej. Prowincji, której miałam okazję posmakować parę lat temu, przebywając w jednej z najbardziej zapadłych dziur midwestu. Poznałam uroki mikrospołeczności, gdzie każdy zajmuje miejsce, mające swój odpowiednik w szerszym świecie. Pamiętam, że był tam nawet lokalny Papa Hemingway i Che Guevara ;-). W miasteczku unosił się słodki zapach prażonej kukurydzy i popołudniowej drzemki. Każdy do każdego zagadywał, a na brak znajomych można było narzekać tylko przez pierwsze dwa tygodnie pobytu. 

I w takiej właśnie mniej więcej atmosferze rozgrywa się akcja tej powieści. A jej czas to lata pięćdziesiąte, moim zdaniem, era, w której Ameryce jest wyjątkowo do twarzy. Bohaterka książki, rezolutna dwunastolatka, przy okazji relacji z przebiegu jej prywatnego śledztwa w sprawie śmierci jej równolatki, daje szczegółowy opis swojego otoczenia. W trakcie czytania mogłam dokładnie dowiedzieć się, co Emma jadła i widziała. Nawet jeśli z wątkiem kryminalnym miało to niewiele wspólnego, wielką frajdę sprawiało mi czytanie o jej ulubionych smakołykach (kotlety w sosie jabłkowo-cebulowym, czy roladki z szynką), znajomych (moją idolką została wredna babcia Emmy, sącząca bezustannie drinki) i lokali (cafe „Tęcza” i jej mleczne koktajle). Są te opisy niezwykłe plastyczne i  pozwalają doskonale odtworzyć w wyobraźni całą otoczkę opisanych w książce wydarzeń. Jakby tego było mało, ktoś wpadł na pomysł, żeby na okładce umieścić reprodukcję obrazu Hoppera, malarza, jak żaden inny pasującego do takiego miejsca i czasu. Bo sceny tej powieści sa jakby wyjęte z jego płócien i często przyłapywałam się na tym, że czytam „przez Hoppera”, i w trakcie śledzenia tekstu wyskakiwał mi zaraz w wyobraźni obraz kolejnego z jego dzieł. Dlatego polecam czytanie tej książki:

z "pomocnikiem":