Kategoria: artyści malarze

Więcej Światła 29. listopada 2008 22:47:00 artyści malarze, Stryjeńska Zofia Komentarze (4)
linkologia.pl spis.pl

Zofia Stryjeńska, Spotkanie z Synem z cyklu Pascha, 1917

Listopad w toku, ale nie pora już na pitu pitu o złotych listkach
i różowych mgiełkach. Koniec z tym, pani jesień spakowała klamoty, obróciła się na pięcie i znikła za horyzontem, zostawiając nas z ta porą niczyja, bez właściwości, barw i chęci do życia. I co tu robić?

A choćby pojechać do Muzeum Narodowego w Krakowie, na wystawę Zośki Stryjeńskiej. Taniej niż Karaiby, a można naświetlić się kolorami, nagrzać jaskrawością krajobrazów na dobre parę dni. Nie jestem miłośniczką sztuki ludowej, z folklorem miałam jedynie styczność przez dwa lata podskakiwanek w zespole ludowym ( do dziś zdarza mi się nucić pod nosem: „hej mojaś ty Urszula, wartaś ręki króla, bo masz buzię słodką jak czosnek cebula”), ale z Panią S. To jest zupełnie inna historia, jak –podobno-mawiał Kippling. Którego zresztą nie czytałam.

O Zosi S. jest ostatnio głośno, i słusznie. A twierdzę tak, bo już od jakiegoś czasu podczytywałam biografię – pamiętniki  Zofii Stryjeńskiej, kobiety nieprzeciętnej. Zosia jako młoda dziewczyna ścięła włosy i pojechała do Monachium studiować sztukę, gdzie przez parę lat ukrywała się w męskim przebraniu, bo przecież początkiem XX wieku uniwersytet nie był miejscem dla kobiety. Dlatego musiała w końcu uciekać, bo zaczęto się domyślać, że coś jest tu nie tak i o mały włos byłby skandal wielki. Jakiś czas potem wyszła za Stryjeńskiego, wielbiciela sztuki zakopiańskiej, zdolnego organizatora i propagatora kultury góralskiej. Stryjeńska była-dosłownie –zakochana do szaleństwa. Do tego stopnia, że kiedyś zniszczyła wiele swoich prac, bo uważała, że jej sztuka stoi na przeszkodzie małżeńskiej miłości. Niestety nie uratowało to ich związku. Ale i tak okres międzywojenny to najlepszy czas jej życia, wtedy odnosiła sukcesy, cieszyła się rosnącą sławą. Nie zdołała tej popularności odzyskać po wojnie, częściowo pewnie dlatego ze była osobą bezkompromisową , żyła według własnych zasad, trochę może nawet aspołeczną, ale piekielnie uzdolniona i inteligentną. Tak wspomina ja syn:

Była bardzo wrażliwa na światło, ale nie znosiła słabych żarówek i nienowoczesnych mieszkań i mebli, Studio w którym mieszkała w nowym budynku na rue de l’Avenir (...), miało małą, nowoczesną kuchnię, lecz mama nigdy nie używała ani kuchenki ani lodówki, gotowała na najbardziej prymitywnej maszynce spirytusowej swoje kaszki, a w lodówce trzymała kapelusze. W lecie interesowały ja kapelusze tylko jako daszek, tak że letni łatwo było odróżnić od zimowych, gdyż miały wycięte denka, jej bluzki, swetry i szlafroki miały obcięte rękawy powyżej łokcia, by nie zawadzały w malowaniu i pracach domowych. Nie posiadała licznej garderoby, gdyż musiała być w każdej chwili w pogotowiu do wyjazdu. 

Czy Zofia nie wyglądała na kobietę, o której można by opowiedzieć siedząc na czerwonej sofie podczas damskich pogaduszek o kobietach nieprzeciętnych? Dla mnie jak najbardziej. A jej malarstwo! Olbrzymie skrzące się kolorami płótna, całe w ruchu, gdzie śmigają warkocze młodych góralek, złocą się loki wiejskich dzieciaków, niebieszczy się rzeka, i wiruje cała słowiańszczyzna. Portrety, ilustracje książkowe, zabawki, kartki okolicznościowe, kostiumy teatralne, istny labirynt sztuki, bogactwo stylów, którymi posługiwała się Stryjeńska. Aż trudno uwierzyć, że to wszystko stworzyła tylko jedna osoba, starsza pani, która ledwo wiązała koniec z końcem. Dlatego jak będziecie na krakowskim Rynku, to się nie zdziwcie, ten przeźroczysty gość w kapeluszu, to naprawdę duch Piotra Skrzyneckiego, który do taktu brzęczących dzwoneczków nawołuje „Kochani idźcie na wystawę Zofii Stryejńskiej, idźcie, ogrzejcie sobie myśli, nacieszcie oczy, nabierzcie tej radości mimo wszystko i dla wszystkich, idźcie, i niech Zosia was ku życiu poprowadzi.” 

mowa o:

surrealista 07. października 2007 22:02:00 artyści malarze Komentarze (2)
linkologia.pl spis.pl

Pałać wiatru -sufit sali pierwszego pietra w Muzeum Dalego w Figueres

 

Narodziny Dalego przyćmiły narodziny Wenus, ba, dzień ów był porównywalny do dnia stworzenia świata. Do kreacji rzeczywistości już ktoś inny rościł sobie prawa, jak obwieszczało Pismo Święte. Dali więc stał się panem nie-rzeczywistości. Pacholęciem będąc przechadzał się w koronie i płaszczu z gronostaja, słusznie przyjmując pozę władcy. Oczekiwał jedynie hołdów i uznania godnego jego geniuszu. Życie codzienne uważał za trywialne, w szkole tylko przesiadywał po to , by mieć czas na swobodny przepływ wyobraźni, a jedyne co widział podczas zajęć w klasie to cyprysy urozmaicające widok za oknem. Mimo tego bez trudu zdał do Akademii sztuk pięknych, gdzie po pewnym czasie stał się bohaterem, z bardziej nieokreślonego powodu. Król Midas dotykiem zamieniał wszystko w złoto, on jednym słowem , dotknięciem pędzla tworzył surrealistyczne cuda. Nawet przyglądanie się toczonemu przez czerw jeżowi czy wymachiwanie kulą kaleki było ważkim elementem mitologii Dalego, która potem została wyrażona w jego, oczywiście nadzwyczajnych dziełach.

Ten bufonowaty narcyz był także hipochondrykiem, który wpadał w panikę na widok skałki wbitej pod paznokieć i analfabeta praktyczności, który z zapałem rozmieniał 10000 peset na 5000, widząc w tym logikę wyższą, bo przeczącą rozsądkowi. Jakoś tego rodzaju urocze dowcipy przestał stosować, z chwilą gdy ojciec zdecydował odciąć mu wszystkie fundusze.  

Zwiedzając 5 lat temu muzeum Dalego w Figueras nie mogłam powstrzymać podziwu dla jego wyobraźni. W czym zresztą nie byłam odosobniona, bo oglądać musiałam eksponaty przeciskając się przez tłum turystów. Wtedy też sklepienie jednej z sal, na którym widoczny był Dali i Gala jako Bogowie zarządzający wszystkimi obłokami, uznałam za świetny dowcip. Po lekturze jego wspomnień zaczynam pojmować, że wcale o żart nie chodziło. 

Dla Amatorów:

Moje sekretne życie

taka Szkoda 06. lutego 2007 23:14:00 artyści malarze Komentarze (2)
linkologia.pl spis.pl

Ta książka może stanowić dowód, że nie tylko papier robi się z drewna, ale i  nawet tekst, całe zdania i akapity można stworzyć tak, by przypominały tępo ciosane kołki. I szkoda tylko, ze taką techniką pisarską posłużono się opisując życie jednej z najbarwniejszych postaci artystycznych żyjących u progu minionego stulecia. Skandalistka, emigrantka, kochanka, podróżniczka,  malarka, żona i matka, taki koktajl powinien dać mieszankę smakowicie wybuchową. Niestety czy to brak talentu autorki, czy też świadomość, że pisze dla purytańskiego amerykańskiego odbiorcy, coś sprawiło, że lektura wywołuje efekt znudzenia, znużenia i w końcu rezygnacji. Niekończąca się plątanina linii pokrewieństwa i powinowactwa, nikomu nic nie mówiące detale, dywagacje na temat dzieł artystki, których zdjęć nawet nie zamieszczono wśród załączonych ilustracji, z tym musi borykać się czytelnik, pragnący poznać bliżej, tę, podobno kontrowersyjną, artystkę. Nawet najbardziej ekscentryczne etapy jej życia zostają opisane z morderczą dla wszelkiej ekscytacji manierą nobliwej panienki pichcącej doktorat na temat zwyczajów artystów niecywilizowanych. Jako próbka tego swoistego stylu może posłużyć poniższy fragment:

„Chociaż Paryż na początku lat dwudziestych słynął jako miasto bohemy, to zachowanie Tamary przekraczało wszelkie normy. Wydawało się jej, że może mieć wszystko: szacunek, pieniądze, a na boku-zadowolenie seksualne. Przyjechała na Gare du Nord zaledwie przed czterema laty, z talentem malarskim i silna wolą cechującą kobiety w jej rodzinie. Natrafiła na klimat, dzięki któremu w sztuce znalazło się miejsce dla kobiet, czuła też, że i ją wyzwoliła modernistyczna mantra „twórzmy nowe”, która oddziaływała na każdy, trywialny czy głęboki, aspekt życia codziennego.”   

Przyznam, że gdy czytam takie kwiatki, mam wielką chętkę zwrócić się do tłumacza i/lub autora o wykładnię dotyczącą  definicji „trywialnych i głębokich aspektów życia codziennego”.

Muszę jednak stwierdzić, że udało mi się jakoś wyrąbać ścieżki pomiędzy przeróżnymi chwastami językowymi i chaszczami opisów, i dotarłam do kilku faktów i wniosków, które mogę uznać za znaczące. Jak choćby ten, ze pierwsze małżeństwo Tamary, to z miłości, okazało się katastrofą, a drugie, z przyjaźni, trwałym i pełnym wzajemnego zrozumienia związkiem. Czy ten, że jedynie dzięki stałemu poczuciu braku bezpieczeństwa można mieć bezpieczne życie.  Najwazniejszy, to ten, że aby stwierdzic wielkość jej talentu, wystarczy zekrnąć na stworzone przez nią obrazy,  a czytanie biografii okazuje się zbędne.   

Mowa o : "Tamara Łempicka" Laura Claridge

 

trismegistos | maddin | bzqnawca | elaine | bad-girl | Mailing