Ostatnie Wpisy

zaspa 08. stycznia 2009 22:05:00 Komentarze (13)
linkologia.pl spis.pl

Za oknem zawiało, zasypało, od śniegu aż porobiły się białe noce i po zachodzie słońca znacznie lepiej się czyta niż śpi. Z zadowoleniem zauważyłam, że  w tym roku przyjęto jakąś nową metodę odśnieżania i nie ma prawie gór lodu i śniegu przy drogach i chodnikach. Inna sprawa, że tak bardzo to znowu nie napadło. W każdym razie, żeby zimowej tradycji stało się zadość,  zorganizowałam sobie własna zaspę. Książkową oczywiście, no bo jak zaspa indywidualna to niech będzie i oryginalna:

Do jej usypania posłużyły mi tytuły: 

Woody Allen, Rozmawia Eric Lax - na miłość nie ma lekarstwa, a Woodiego darzę tym uczuciem już od kilkunastu lat i zawsze mi go mało.

Nocny Pociąg do Lizbony Pascal Mercier - już myślałam, że nie zdobędę tej książki! Najpierw było fiasko z Merlinem, potem dwukrotna odmowa empiku. Wreszcie udało się za czwartym razem! Mam nadzieję, że nie będę żałowała moich wysiłków.

Sens Nocy. Spowiedź. Michael Cox – koło tej książki chodziłam ponad rok. Wreszcie nadarzyła się okazja rabatu i zakupiłam ten spory kawałek tajemnic wiktoriańskiego Londynu.

Ruski Miesiąc Dmitrij Strelnikow - znalazłam pod choinką. Rosjanin w Warszawie, prawosławny wśród katolików. Chyba będzie nieźle. 

Ogrody Kensington Rodrigo Fresan - Piotruś Pan w psychodelicznych latach 60 tych? Nie mogłam się oprzeć.

Pod Przechytrzonym Lisem Martha Grimes - przyznaję, że uwiódł mnie nie tyle inspektor Jury, co jego znajomy już- nie-lord Melrose Plant. Bardzo się cieszę na kolejną randkę.   

Sto Odcieni Bieli Preethi Nair- odrobina orientu  w czasie zimy.

Demony Dobrego Dextera Jeff Lindsay-  zachwalana przez wszystkich, a mimo to obecna w bibliotece.

Lala Jacek Dehnel- wreszcie jakiś polski autor.

Dom Balthusa David Brooks - malarze to dla mnie zawsze niezmiernie kuszący temat. 

Księżycowy Pałac Paul Auster - z Paulem Austerem bywa różnie, ale dam mu jeszcze jedną szansę

Samotność Christopher Isherwood - taki pisarz i taki temat? To nie może być pomyłka! I faktycznie nie jest, bo właśnie czytam z wielkim smakiem.    

Namiętność Jeanette Winterson -  kiedyś, po przeczytaniu „Oranges are not the only fruit” obiecałam sobie, ze jeszcze wrócę do tej autorki. No i dotrzymuje słowa.

 

 

szukając parasola 05. stycznia 2009 21:51:00 Grant Linda Komentarze (4)
linkologia.pl spis.pl

 

 

If I had a golden umbrella,

With the sunshine on the inside,

And the rain on the outside

(“gdybym tylko miał  złoty parasol, z promieniami słońca od środka,
I deszczem na  zewnątrz” tłum własne)

Linda Grant „The Clothes on Their Backs”

Jak już wspominałam, jestem czytelnikiem „szczegółowym”. Polega to nie tylko na tym, że czepiam się detali. Ja jeszcze uwielbiam, gdy autor daje mi możliwość dokładnego obejrzenia postaci, jej ubioru, wyglądu, miejsca pobytu. Kocham wiedzieć, czy dany bohater miał marynarkę w drobną czy dużą kratę, jakiego kroju i koloru była sukienka jego Lubej, gdy zobaczył ja po raz pierwszy. Do dziś na przykład pamiętam marzenie Ani z Zielonego Wzgórza o bufiastych rękawach, urzeczywistnione w brązowej eleganckiej sukni, którą dostała pod choinkę.  Dlatego ta książka była poniekąd dla mnie uczta. Chyba jeszcze nigdy nie spotkałam pisarza, który by tak pięknie potrafił pisać o ciuchach. Do tego stopnia ze „widziałam” nie tylko ich materiały i kształty ale nawet czułam...zapachy! Często była to woń zleżałej odzieży second-handów, bo tam głownie ubierała się Vivien, narratorka i bohaterka tej powieści.

Czytając tę książkę, przypomniałam sobie mój pierwszy dorosły płaszcz. Był szary w białe gwiazdki, elegancki jak na owe czasy i z trudem zdobyty w kryzysowo pustym sklepie. Jego lekkość zdawała się być mankamentem w porze trzaskających mrozem zim czasu mojej nastoletności. Dlatego podjęto decyzję o dociepleniu go przez dodanie jeszcze jednej warstwy fizeliny. I choć mniej wiało potem mi po plecach, to jednak żałowałam dokonania tej zmiany. Płaszcz zrobił się sztywny i niewygodny, a fason nabrał jakiś dziwnie kanciastych kształtów. Dlaczego o tym pisze? Nie tylko żeby powspominać moje ciuchowe historie. Otóż wydaje mi się ze autorka powieści zrobiła ze swoją książką dokładnie to samo, co zrobiono z moim płaszczem: wydała jej się za lekka, za przewiewna, zbyt mało solidna. Dodała wiec różne różności, by uczynić ja bardziej znaczącą, jakby się wystraszyła, że wyjdzie jej zwykły chic-lit, a nie dzieło pretendujące do nagrody Bookera. W książce znalazły się wiec  tzw. ”issues”, czyli mówiąc bardziej po polsku, problemy współczesnego świata. Mamy więc: holokaust, emigrację, nietolerancję, rasizm, nazizm, faszyzm, komunizm i terroryzm. Jedyny ”-yzm”, jaki pominięto, to chyba artretyzm, ale póki co nie stanowi on ważkiego polityczno-społecznego zagadnienia. No i cóż z tego, że książka zyskała na powadze, jeśli straciła na fasonie. A mogłaby to być cudowna opowieść o tym czym są dla nas ubrania, jakiego rodzaju komunikatów są nośnikiem, jak zmieniają nasze postrzeganie siebie samych i jak narzucają nam konkretną osobowość. 

Vivien, zamożna pięćdziesięcioletnia wdowa,  pod wpływem odwiedzin w pewnym zapomnianym londyńskim butiku, snuje wspomnienia o minionych czasach. O swoich szarych, mysich rodzicach, którzy bali się wyściubić nosa poza własną dzielnicę i o barwnym wujku, który kiedyś zastukał do drzwi i zachwycił ja błękitnym garniturem  i niezwykłym wyglądem swojej towarzyszki. Vivien odnajdzie go po latach i jako młoda dziewczyna będzie miała szansę nie tylko zobaczyć, jak różnie można żyć, ale także odnajdzie swoje korzenie, a po części i tożsamość. I choć miejscami naprawdę działały mi na nerwy wspomniane już „issues’, to za każdym razem gdy brałam te książkę do ręki, zachwycała mnie elegancka prostota zdań i subtelność opisów. Mam nadzieję, że jeśli ukaże się polska wersja tej książki to zostanie w niej zachowana ta uroda stylu, będąca największym jej atutem. A tym, którzy chcieliby się bliżej przyjrzeć postaci autorki, polecam jej blog, gdzie zapowiada nową książkę, oparta właśnie na pisanych tam notkach.

mowa o:

 

 

Strzały i niewypały Roku 2008 01. stycznia 2009 23:05:00 na marginesie Komentarze (18)
linkologia.pl spis.pl

Jeszcze się snuje zapach wczorajszych sztucznych ogni, więc powracam na chwilę do poprzedniego roku, żeby pokontemplować własne czytelnicze strzały i niewypały Anno Domini 2008. Zacznę od tych drugich, książek, których nie polecałabym do czytania, które mnie zwiodły i  zawiodły:

 

„Cena wody w Finistere" B. Malmsten - miało być uroczo, ciepło i zaściankowo. Tymczasem było głownie nudno. Jakaś paniusia ze Szwecji kupuje grunta na francuskiej prowincji. Od tej pory siedzi przykucnięta nad grządką, grzebie w ziemi i wspomnieniach. Nic nie jest takie fajne jak kiedyś, ogólnie wszystko ją oburza, sentyment ma tylko do swojej rumianej babci, która odeszła dosyć dawno ze świata żywych. Ci, co na nim pozostali, są przedmiotem nieustannych utyskiwań autorki. Sens i radość życia jedynie można odnaleźć zanurzając ręce w kompoście. W co jednak nie do końca uwierzyłam. Bo choć ogrodu nie posiadam, co  rok wypełniam skrzynki balkonowe ziemią i wierzcie czy nie, nigdy objawień przy tym żadnych nie miałam, chyba że błędnie odczytuję ból kręgosłupa i czarne obwódki za paznokciami.  Po pierwszych stu stronach zrezygnowałam z tej malkontenckiej epopei.

 

„Ex Libris. Wyznania czytelnika” A. Fadiman  Esej o książkach?  Bzdura. To raczej pean ku czci własnej wizji czytelnictwa. Nie dość, że autorka należy do uciążliwego typu kobiet zaczynających każde zdanie zwrotem „Bo Mój Mąż”, to jeszcze oplata androny, które maja być jedynie słuszną lekcją poglądową na temat literatury, książek i domowych bibliotek. Sorry, droga pani, wcale nie uważam, ze Moby Dick jest boski, a układanie książek na pólkach według klucza ma sens. Wyrwanie kartek z książki to nie radośnie emocjonalne podejście do literatury tylko zwykły wandalizm, skrajny egoizm  i brak szacunku dla przyszłych czytelników. Zniechęciłam się ostatecznie, gdy autorka wyraziła swój zachwyt metodą swojej koleżanki na kolekcjonowanie owadów. Otóż pani ta polowała na nie z otwartą książką, i gdy stworzonka przysiadały na kartce, gwałtownie zatrzaskiwała tomiszcze. Cóż za fantazja, brrr. Nie miałabym ochoty potem przy czytaniu tej książki odklejać od stron motylich skrzydełek i wyskrobywać słowa zza zakrzepłych owadzich soków. Dlatego zniechęcona pomysłami autorki odstawiłam ExLibirs szybciutko do biblioteki.  

 

„Five quarters of the Orange” J. Harris- To była lektura na mój pierwszy Klub Książki. I tylko dzięki temu przeczytałam ją w całości. Inaczej już po 50 stronach rzuciłabym w kąt tę powiastkę o sielance okupacji ,wrednej córeczce i polowaniu na szczupaki. W życiu nie łowiłam ryb i mam nadzieję, że nigdy nie zostanę do tego zmuszona. Wystarczy, że przebrnęłam przez ten strumień literackiej fikcji w której pławiła się monstrualna wersja złotej rybki.  

 

„Wynurzenie” M. Atwood – po raz kolejny nauczka, żeby nie czytać „autora” tylko „dzieło”. A tak dałam się zagnać w gąszcz kanadyjskiej puszczy, przekonana, że ulubiona pisarka przecież nie wywiedzie mnie na manowce. Tym czasem wywiodła, i to bardzo. I nie przekonała, że powrót do natury i oddanie się instynktom macierzyńskim jest najlepszą drogą do rozwiązania wszelkich problemów.

 

 Na szczęście swoje niezadowolenie z lektury Pani Bovary, „ Natychmiast, mocno, naprawdę"D.Handlera czy „Ani z widzenia, ani ze słyszenia” A.Nothomb opisałam już wcześniej, wiec teraz zaoszczędzę sobie miejsca i słów.

A fajerwerki? Było ich sporo, jeden z  najjaśniejszych to „Wieczory cyrkowe” Angeli Carter. Na gwiazdki zasługują także: „Czerwona Sofa",  „Szaleństwa Brooklinu", „Pan Norris się przesiada", "Piknik pod Wiszącą Skałą” w kategorii letnich gwiazdozbiorów, „Irlandzka herbatka” w kategorii  gwiezdnego pyłu złudzeń  i „Pod Huncwotem” w kategorii gwiazdek świątecznych.   

extra dry 28. grudnia 2008 22:09:00 na marginesie Komentarze (146)
linkologia.pl spis.pl

Po świątecznym ciepełku i słodyczach jeszcze ciągle niewywietrzone.
I dlatego pewnie chodzę wszędzie na piechotę, tak żeby zmarznąć, w kawiarni zamiast ciastka biorę najprawdziwszy-i najkwaśniejszy- sok grejpfrutowy, a wieczorem zabieram się za oglądanie Bergmana („Persona” na TVP Kultura). Po raz kolejny przypominam sobie o Babci na Jabłoni, która po przekarmieniu wnuczka watą cukrową, zabierała go na parówki z ostrą musztardą. Właśnie jestem na etapie parówek, a zwłaszcza musztardy. I dlatego zupełnie mi nie idzie kolejna Grimes, tym razem druga część serii o Emmie. Czytam i coraz bardziej mnie męczy ten budyniowy nastrój pamiętnika objadającej się panienki. Tęsknie patrzę na biografię Bukowskiego, potem na półkę z „Kłamstwami”. Tuż obok biurka czeka Lovercraft, a aromat ma kwaśno-gorzki. Rozglądam, się i rozglądam, i nie mogę zdecydować, czym zagryźć, co najlepiej posłuży za czytelniczy korniszonek?

Old Lang Syne 26. grudnia 2008 20:47:00 Grimes Martha Komentarze (14)
linkologia.pl spis.pl

Angielski pub tkwi zasadniczo na skrzyżowaniu historii, pamięci i romansu. Kto w wyobraźni nie wychylał się z jego drewnianych galeryjek na brukowany dziedziniec, żeby spojrzeć na zatrzymujące się tam powozy, na skłębione oddechy tupiących kopytami koni w ciemnym zimowym powietrzu? Któż nie czytał o tych długich , przysadzistych budynkach z oknami podzielanymi na kwadraty, o zapadniętych nierównych podłogach, o masywnych belkach pod sufitem i ścianach obwieszonych miedzianymi kotłami, o kuchniach, gdzie niegdyś na rożnach obracały się połcie mięsa, a z sufitów zwisały szynki?

M. Grimes „ Pod Huncwotem”

 W takim właśnie otoczeniu spędziłam cześć Świąt. A wszystko przez to, że  potraktowałam książkę jak bezdomnego kota. Pozwoliłam się jej łasić się do mnie już od jakiegoś czasu, niekiedy pochylałam się nad nią, żeby bliżej się przyjrzeć, jaka tak naprawdę jest. Wreszcie zdecydowałam się ja wziąć do domu, żeby tylko trochę się nią nacieszyć, a potem oddać w dobre ręce. Jednak kiedy zawarłam z nią bliższą znajomość, okazało się że lepszych rąk niż moje dla niej nie znajde. I tak została, zupełnie jak pewien Kudłatek, który niedawno pałętał się po moim osiedlu. Pchał się do wszystkich pań, aż w końcu jedna wzięła go „dla koleżanki”. Kot do koleżanki nie dotarł, tylko zadomowił się u życzliwej mu Pani. Tyle, że kota trzeba było zabrać do weterynarza, ja na szczęście książkę zabrałam tylko do łóżka. I w samiutką Wigilię goniłam do empiku, żeby znaleźć jakiś inny prezent. Ale warto było, dzięki temu czytałam ją w najwłaściwszym czasie. Akcja bowiem ma miejsce w dniach od 19 do 26 grudnia, w zapyziałym angielskim miasteczku Long Piddleton, gdzie na pubach zamiast szyldów dyndają.. zwłoki zamordowanych przyjezdnych!  Bez obaw, to nie krwawe jatki zachwyciły mnie w tej książce. Tylko świetnie oddana atmosfera angielskiej prowincji, gdzie panowie nadal noszą tweedowe marynarki, dziewczęta urodą przypominają Jane Eyre, a w niektórych domach można jeszcze ciągle spotkać starego lokaja, sztywno pochylającego się z tacą. Tam trafia inspektor Jury, pracownik Scotland Yardu, który zamiast rozwikłać zagadkę jednego morderstwa, staje się świadkiem licznych zbrodni, zaprzyjaźnia się  z byłym arystokratą i beznadziejnie zakochuje w miejscowej panience.

Czytają tę książkę, miałam wrażenie, ze duch Agaty Chrstie nagle obudził się, jak dybuk zawładnął ciałem pani Grimes i kazał mu stworzyć uroczy kryminał, w najlepszym starym stylu, z angielską herbatką, jajkami na bekonie oraz piekiełkiem tajemnic i grzeszków mieszkańców prowincjonalnego grajdołka. Co prawda, w momencie gdy doszło do rozwiązania zagadki kryminalnej, duch Christie chyba gwałtownie opuścił autorkę i została zdana na wałasne, niezbyt potężne siły pisarskie. Ale nawet i miałką kulminację mogę wybaczyć za przyjemność przebywania w towarzystwie rzeczowego Jurego i lekko zblazowanego, za to cholernie inteligentnego Melrosa Plant’a, który ku rozpaczy swojej ciotki za nic ma swoje lordowskie przywileje. Ta książka idealnie pasowała do świat, nie tylko ze względu na czas w jakim się dzieje, ale i na  atmosferę ciepła starego domostwa. Jak zwykle u Grimes są  tu bardzo sugestywne opisy posiłków, co przy obfitości świątecznego pożywienia staje się dodatkową zachętą do sięgania po takie czy inne smakołyki. Miałam wiec sporą frajdę czytając tę książkę. Pozostawiła mi ona tylko jedną kwestię niewyjaśnioną; czy mianowicie w Anglii żyją skunksy? Czy też coś się naszej Amerykance poplątało? Jeśli nawet, to i tak pewnie niedługo rozglądnę się za „Pod przechytrzonym lisem”. W końcu następny długi weekend wkrótce. 

mowa o:

Kalendarz

pn wt sr cz pt so nd
2627282930311
2345678
9101112131415
16171819202122
2324252627281

Ksiega gości

Księga gości

the-forest-blog | majakoter | nikitta | po-co | warszawa-biuro-rachunkowe | Mailing